W 2013 roku dostaliśmy się z DLA KONTRASTU na Festiwal Fama w Świnoujściu – imprezę legendarną, o dekadach tradycji, która, niezależnie od różnych opinii odnośnie jej organizacji, jest faktycznie kuźnią nowej sceny kulturalnej (bo nie tylko muzycznej). W tamtym roku na Famie wybuchł m.in. doskonały zespół Pokusa, występowała Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z Olą, połyskiwał jeszcze nieśmiało Ralph Kamiński. My byliśmy szczylami, kapelą z ledwie dwuletnim stażem i nie umieliśmy jeszcze skorzystać z takiego kampusowego pobytu, poza wywiezieniem kilku miłych znajomości, które trwają do dziś. Ale ja nie o tym.

Na Famie poznaliśmy m.in. zespół Cinemon, power trio grające fajną, energetyczną i anglojęzyczną rockerkę; chłopaki byli trochę starsi od nas, ale zbiliśmy parę piątek. I zaczęliśmy ich obserwować. I tak, jako Fundacja jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, między innymi dzięki nim.

Bo Cinemoni bardzo szybko przestali być tylko zespołem. Ich artystyczna ścieżka – choćby przez barierę językową – pozwalała na inne dokonania od naszej, więc np. trasy po Kanadzie im nie zazdrościliśmy, ale podziwialiśmy chłopaków konsekwencję. Co jednak najbardziej nas zadziwiało, to ich, a zwłaszcza ich lidera, Michał Wójcik, potrzeba aktywizmu; świadomość, że dzielenie się wypracowanym know-how ze słabszymi, zamiast siedzenia na nim jak smok na skarbach, wzmacnia wszystkich. Że im mocniejszy będzie oddolny ruch na scenie muzycznej, tym prędzej uda się skruszyć instytucjonalnie zabetonowany próg wejścia w branżę. 

Obserwowałem takie ruchy w offowym teatrze – tam networking był i jest powszechną praktyką – ale w muzyce? Tu nawet znajoma managerka, której zespołowi zorganizowałem granie, nie chciała się podzielić kontaktem do dziennikarza, który mógłby je podpromować. Nawet mój wieloletni kolega, wówczas dziennikarz portalu muzycznego, na prośbę o przepchnięcie chociaż noty prasowej o naszej trasie, odpowiedział „sorry – nie pijesz wódki z kim trzeba, to nie istniejesz”. Cóż, widać faktycznie nie trzeba było z nim pić.

Tymczasem Cinemoni (to już skrót myślowy, ekipa współpracowników ich Fundacji zdążyła się rozrosnąć), równocześnie współtworząc jeden z ciekawszych sklepów z instrumentami Skład Muzyczny, powołali do życia portal Krakowska Scena Muzyczna. Na jego łamach dzielili się każdą wiedzą, do jakiej docierali: przedrukowując tłumaczone na polski artykuły z zagranicznej branżowej prasy, publikując tutoriale z organizacji wydarzeń dla początkujących muzyków, ale też wdrażając nowe technologie. Na lata przed pandemią i rozwojem narzędzi do streamowania Cinemon zaczął grać coroczne świąteczne koncerty livestreamowane z salki prób. Zaraz potem na stronie opublikowali poradnik, jak krok po kroku zrealizować taki live używając tylko smartfonów, miksera i odpowiedniego softu. Nikt z offu w Polsce tego wcześniej nie wiedział, dowiedzieli się – potencjalnie – wszyscy.

I tak, krok za krokiem, budowała się ich marka Tak Brzmi Miasto. Przez rozrastające się branżowe konferencje, przez półroczne Inkubatory, po Summercampy, zbierające uczestników z całej Polski (i czasem nie tylko). Wróciłem właśnie z jednego z nich. I kiedy od organizatorów dowolnego warsztatu dotyczącego pracy w kulturze słyszę, że „to doświadczenie zmieni wasze życie”, zwykle odwracam się na pięcie. Kiedy powiedział to o Summercampie TBM Tomek Bysiewicz, burknąłem pod nosem, ale powiedziałem sobie „sprawdzam”. Sprawdziłem. No i miał rację.

Nigdy nie spotkałem się z tak wspierającą dla młodych twórców (i managerów) atmosferą. Z taką uwagą i słuchem na uczestników. Z tak równym, wspólnotowym traktowaniem (tego serio mógłby się od TBM uczyć offowy teatr, który wszak wspólnotę od zawsze ma na sztandarach). Z tak mądrze ułożonym programem, który łączy w sobie refleksje nad tożsamością i powodami grania, miękkie skille związane z pracą w zespole i koncertami, konkretne, techniczne wręcz know-how dotyczące social mediów czy formułowania umów, po naprawdę głębokie wglądy we własne emocje wobec tej ścieżki. I z kadrą, w której znajduje się ścisła topka branży, by wymienić tylko Daga Gregorowicz, Agnieszka Obszańska, Leszek Biolik, Paweł Hordejuk czy Marcin Bąkiewicz. I to nie chodzi o to, że teraz mamy do nich podanie ręki. My spędziliśmy ze sobą kawał intensywnego i odkrywczego dla obu stron czasu.

To nie jest nota tylko o tym, że dziękuję, chociaż dziękuję za ten czas bardziej niż umiem napisać. To jest nota o tym, że jeżeli gracie ten swój off po robocie i coraz trudniej jest Wam zeswitchować się z przedłużających się dupogodzin na skracający się czas bycia muzykiem podczas urwanych z kalendarza prób – zgłaszajcie się na TBM, konferencję, inkubator, summercamp, co wam się uda. Tam się dowiecie, jak to jest – być muzykiem, bez lawirowania między rolami.

To jest też nota o tym, że kiedy TBM jak nikt inny dba o młode, oddolne, offowe środowisko – środowisko może zadbać o to, żeby ta idea nie przepadła. W tym roku skończyło się trzyletnie finansowanie projektu z MKiDN. I póki co jego przyszłość zależy od crowdfundingu. Jeśli macie parę zet, dajcie na Patronite. Będą dobrze wykorzystane 🖤 //AKD


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.