InnerGuN / Oficyna Biedota, 2013

Mija właśnie dekada, odkąd zespół kIRk usadowił się na rodzimej scenie niezależnej wydaniem pierwszego albumu, Mszy świętej w Brąswałdzie. Przedziwne to było, wciągające, brutalne granie, nojzujące, technujące i dżezujące naraz. I przebojem wdarło się w uszy offowych słuchaczy, raz, że dzięki swojej świeżości i jakości, dwa – dzięki charyzmatycznym muzykom, tworzącym ten skład. Na Mszy… wiodącą rolę grała trąbka, wydaje mi się, że tak, jak w zespole prym wiódł trębacz. 

Olgierda Dokalskiego mogliście kojarzyć w tamtych czasach też choćby z zespołów Daktari, Altona czy projektu Nor Cold, tudzież rozmaitych fuzji między nimi. Poznałem go wówczas jako człowieka nie tylko aktywnie współtworzącego bohemiarskie skądinąd środowisko skupione wokół dawnej siedziby warszawskiej klubokawiarni Pardon, To Tu, ale przede wszystkim twórcę o radykalnie awangardowym sposobie myślenia. Szczerze mówiąc, mam poczucie, że żadne z jego użyć instrumentu, gdzie skala rozpinała się od klezmerskich motywów po krzykogry przywodzące na myśl wariactwa Jacka Ostaszewskiego w Osjanie, ani żaden z nieoczywistych kontekstów, w jakich jego trąbka brzmiała, nie wypełniały dostatecznie stojącej za nimi kminy Olgierda. Robiłem z nim jakiś wywiad, poza taśmą w rozmowie opowiadał mi o swoich planach i pomysłach – i, dalibóg, nigdy wcześniej ani później nie słyszałem czegoś takiego. 

Kiedy słucham jego ówczesnych albumów dziś, mam poczucie, że ich motorem było jakieś gryzące poczucie niespełnienia. Myślę też, że minęło mu ono bezpowrotnie, kiedy wsłuchuję się w jego późniejsze rzeczy, sygnowaną nazwiskiem płytę Mirza Tarak czy nie mniej od poprzednich porywający i awangardowy, ale podszyty spokojem ostatni album kIRku, Ich dzikie serca z 2018.


Ale szczególne miejsce zajmuje w moim uchu drugi album tria, Zła krew z 2013 roku. Projekty Olgierda były wówczas naprawdę na fali wznoszącej, publiczności zbierały się dla nich coraz szersze i coraz zagraniczniejsze – a na tej płycie wylał się mrok, i to taki, że autentycznie się tego albumu boję. Znam go dobrze, wiem, na jakie przeżycie się piszę, kiedy go słucham. Więc słucham go rzadko. 

Sekwencje rytmiczne, fundament wszystkich sześciu utworów składających się na trzy kwadranse kIRkowej muzyki, są tu brutalnie toporne, w długim trwaniu stają się jak nie mogący się skończyć korytarz, jak zaspa, w którą nie przestajesz się zapadać, choć wiesz, że po drodze z każdej strony może – i będzie – coś czyhać. Te zbasowane, elektroniczne struktury spod ręki Pawła Bartnika łapią za pysk, męczą, niepokoją, ale nie pozwalają stracić uwagi, w swojej repetytywności budując ciężkie, przewrotnie jednak bujające gruwy. Zła krew w ogóle ma w sobie więcej z hip-hopu niż poprzedni album tria, szczególnie mocno stoi gramofonami Filipa Kalinowskiego. Ale gdyby tak wyglądał turntablism, hip-hop były ucieleśnieniem koszmaru na ziemi.

Mądrzejsi ode mnie mówią, że to, co gra kIRk, miało i wcześniej swoją gatunkową nazwę „illbient”, czyli że ambient, ale chory. Ja szczęśliwie nie jestem mądrzejszy od siebie, więc kiedy w pierwszym utworze łapie mnie za mordę brudno ucięty sampel przedstawiający się słowami „I am”, po czym zapętla się, trzeszczy i rozciąga, uporczywie przekonując mnie, że jest, przez kolejne cztery minuty, po prostu daję mu się złapać. I zdążam przejść w głowie przez wszystkie znane mi konotacje tak wyrażonej deklaracji. 


Ale zaczynałem o Dokalskim, więc o Dokalskim. Jego trąbka potrafi tu zabrzmieć a to jak skowyt zdychającego w lesie zwierza, a to jak krztuszenie się noworodka, rozbłyskuje na powierzchni sunącego beatu, tylko po to, żeby zaraz zwyrodnieć, najwyraźniej samplowana, efektowana i poddawana skreczom w czasie rzeczywistym. Nawet, kiedy na moment wybrzmi w tym wszystkim jaśniejszy motyw, miks za moment zbliży go tak bardzo, jakby Olgierd wykrzykiwał ci go wprost do ucha. Bo miks, miks jest osobnym bohaterem tego albumu. I te okrutne, zwodnicze zabawy panoramą. 

O ile żadna z płyt kIRk-u nie jest łatwa, Msza święta w Brąswałdzie to muzyka do picia wódy, a Ich dzikie serca – do przeżywania trudnej metafizyki, to Zła krew naprawdę jest seansem dla odważnych. Niezwykle plastycznym zapisem zła, wycieczką w mrok i zimno. Sam dla bezpieczeństwa wróciłem do odsłuchu Złej krwi na rzecz tej noty, biorąc gorącą kąpiel – wiecie, takie self-care’owe warunki. A mimo to przez te trzy kwadranse strasznie marzłem. Mówiłem, że szczerze boję się tego albumu, myślę, że na swój sposób bali się go też muzycy zespołu, nie tylko dlatego, że w czasie eksploatacji materiału zostali do cna okradzeni ze sprzętu na jednym z zagranicznych festiwali. 

Z takiej muzyki i takich przygód można się nie pozbierać. Zbierał się po tym długo i kIRk – ale szczęśliwie wrócił w świetnej formie. //AKD

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *