Trafiłem na Lonker See przypadkiem na Offie, grali wczesnopopołudniowy koncert po swojej pierwszej EPce dla publiki leniwie jeszcze rozwleczonej po trawie pod sceną – i grali na 100, na 200 procent. Chwyciło mnie to za pysk od razu, bo i to same szajbusy, jakaż to energia, jakie niebanalne myślenie, z jaką swobodą biegają po stylach! I szczerze mówiąc materiał z „One eye sees red”, jakkolwiek ciekawy, tego żywiołu nie oddawał. Długogrająca „Hamza”, wydana już pod banderą Anteny Krzyku, nie tylko oddaje rzeczywistą moc zespołu, ale jest po prostu kompletnym, porywającym albumem. Za unisonowe pasaże wokalu z saksofonem, wyprodukowane zresztą tak, że nie wiem przy nich gdzie uszy gubić, kocham ich po grób – ale po co się rozpisywać, kiedy mówili o nich tu i tam lepsi mówcy? Wolę usiąść i znowu posłuchać, jak ta kapela gra. A potem jeszcze raz. I to nie zabieg retoryczny – naprawdę „Hamzy” słucha mi się najlepiej w całości i dwa razy z rzędu. Raz – żeby się jej oddać, drugi – żeby się nacieszyć. A czasem jeszcze za trzecim próbuję się wgryzać w struktury tej muzyki. Dopiero za trzecim umiem się pilnować dość, żeby nie dać się znów porwać w tripa. Albo przynajmniej – żeby nie od razu. //AKD


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *