[Nota pochodzi z instagramowego profilu Własna Półka (@wlasna_polka), na którym Karol pisuje o skarbach ze swojej płytoteki. Zajrzyjcie na insta po kilkanaście innych not – i słuchajcie Licha!]

Czyżby nowy sezon Półki? Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, ale znowu piszę, bo jestem podekscytowany. W czasach żyjemy co prawda takich, że o ekscytację trudno, jeśli nie jest się militarystą, głównym akcjonariuszem globalnej korporacji albo zwykłym idiotą. A tu proszę, nie musiałem spełnić żadnego z powyższych wymagań, a i tak tej miłej emocji doznałem. Czemu? Bo polski metal. Bo nowe Licho.

Chociaż mam równocześnie myśl, że gdyby polskie metalowe środowisko było jak moje gimnazjum, a ja byłbym nową płytą Licha, to cały czas bym chodził po korytarzach pod lipą, że z każdej strony będą mi chcieli wypłacać muki. Bo też zawsze w momentach, kiedy przebieg albumu już, już sugeruje, że wiecie, TERAZ TO BĘDĄ BLEKI, natychmiast wchodzi a to nagła dźwiękonaśladowcza ilustracja, a to partia jak z rocka lat 80., a to gościnny wokal Anny Grąbczewskiej z zespołu Szklane Oczy (jeśli nie znacie SO, migusiem nadrobić), a to Dominik sam daje takie wokale, ze chciałbym mieć jego odwagę: nieoczywiste, odklejone, prześmiewcze. I bardzo, bardzo samoświadome, bardzo pewne.

Jeśli zgadywaliście, a nie wiecie na pewno, potwierdzam: Licho to kolejny z zespołów, w którym za warstwę poetycką i jej podanie odpowiada Dominik Gac (pisaliśmy o nim przy okazji Koniec Pola czy WTZ). I o ile dotąd Licho ceniłem, ale bliższe były mi mniej przywiązane do gatunkowych ram projekty Dominika, o tyle „Ciuciubabka”, nie tracąc nic z czarnego, miejscami naprawdę brutalnego wpie*dolu, rozsadza (każde, w tym metalowe) ramy od środka. Ależ to jest quirky materiał!

No bo wyobraźcie sobie taką muzykę: macie potężną, nie dającą oddechu metalową sekcję, sypiące się lawiną bębny i krzyczący do uszu bas. I macie przy tym udane, zwiewne melodie, wręcz hooki, które zostają w głowie tak, że można je sobie zanucić już od pierwszych kamyków perkusyjnej lawiny. I macie awangardowe aranżacje jak z muzyki programowej, dające znów ten typowy dla Gaca teatralny, słuchowiskowy wajbik. I macie w tym wszystkim wokal, który raz huknie mrocznym basem, raz uderzy w wibrato dyszkantem, a raz będzie robił jedno i drugie na przemian, jak na karuzeli, aż do zawrotu głowy. A kiedy będzie powtarzał słowo „karuzela”, będziecie słyszeć, że za tym wykonaniem stoi doskonała znajomość wszystkich karuzel utrwalonych w kulturze, i tych z Madonnami, i tych widzianych zza muru. Czysta wolność, esencja autorskości. Jeśli nie możecie sobie wyobrazić, nie dziwię się, no bo jak, ale w takim razie posłuchajcie. 

I może mógłbym narzekać, że album zaczyna się tak mocno i porywająco, że właściwie trudno utrzymać skupienie do jego końca, czego bezpośrednim skutkiem jest, że nigdy nie pamiętam ostatnich dwóch numerów, mających najbardziej już rozsypane struktury. Ale narzekać nie chcę, bo nie widzę w tym błędu – mimo to kończę odsłuch zadziwiony, skołowany, jak po przeżyciu przygody, którą trzeba sobie teraz poukładać w głowie. Albo wsiąść do wagonika od razu z powrotem. I jeszcze ten obraz Sasnala na pornograficznie wręcz błyszczącej okładce! Kulturka, panie, odpalam znowu.

Tak to wygląda, kiedy jestem podekscytowany. Wspominałem wam już o tym?

POD-EKS-CY-TO-WA-NY! //AKD


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *