Słyszało się tu i ówdzie, że polską płytę roku w kategorii „metal” już mamy. I chociaż nie śledzę metalowego grajdołka aż tak dogłębnie, to na LP Odrazy patrzę jak na wyjątkowy projekt. Jest tu cała jazda obowiązkowa: dynamiczne kompozycje, nieraz rozkładające na łopatki inwencją (pokraczny walc w metalowym love songu „…twoją rzecz też”); jest wykon na światowym poziomie, ultraprecyzyjny, ale w żadnym razie robotyczny, przez każdą minutę albumu bardzo słychać ludzką rękę; wreszcie jest klarowna, ale wbijająca w podłogę produkcja. I to się oczywiście ceni, chociaż „Rzeczom” to album ponadprzeciętny z przynajmniej dwóch innych powodów. Pierwszy: przy całym progresywnym wariactwie i skomplikowaniu struktur poszczególnych utworów Odrazie udaje się grać ekstremalnie, ale i chwytliwie. Mnóstwo tu błyszczy riffów i groove’ow, które nie mizdrzą się do słuchacza, a jednak zapadają mocno w pamięć. Drugi powód to teksty. Nie tylko nie ma w nich całego tego okultystyczno-rozjebiemywaszemózgi krindżu, ale są one niezwykle celnym i zdyscyplinowanym kawałkiem poezji, która spokojnie sprawdziłaby się w autonomicznej lekturze w tomiku czy na łamach literackiego periodyku. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ekstremalnej muzyce chyba nie za często towarzyszy aż tak dojrzała, sugestywna, bezpretensjonalna i bolesna literatura. Co ciekawe, bo metal, zwłaszcza w swoich ekstremalnych odsłonach, jest jednak gatunkiem potwornie maczystowskim. Tymczasem Odraza opowiada nie o sile, ale o słabości, zabiera nas w pełną goryczy i splinu, introwertyczną i chyba bardzo osobistą podróż – nie wiem, czy da się to inaczej nazwać – do dna depresji. Słuchajcie tej płyty z tekstami przed oczami, zobaczycie wtedy rzecz nie za przyjemną: że szalona muzyczna energia, która rozpiera cały ten album, to jest energia, która nieuchronnie wiedzie narratora ku przepaści. //SK


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *