Klęska urodzaju! Rok 2024 był dla mnie jednoznacznie rokiem koncertowym. Muzyka live wielokrotnie ratowała mnie w trudniejszych momentach, umilała te dobre, dawała oddech od obowiązków, ale i wiele jej wysłuchałem w ramach narzuconej samemu sobie obowiązkowości jako kurator Polski z Offu. Dziękuję za wszystkie zaproszenia, od organizatorów na showcase’y i od artystów na ich gigi, i dziękuję też sobie samemu, że nie scyniczałem, przeżarty branżowym przywilejem, i niezależnie od skwapliwego korzystania z zaproszeń, chadzałem na koncerty też i za biletami. Tym samym skończyłem rok z oszałamiającą statystyką – odwiedziłem łącznie 212 live actów, z czego 205 wykonawców polskich, w większości offowych. Różna to była rzecz jasna obecność, jak różne okoliczności – na jednych spędziłem jak zaczarowany dwie godziny, z innych wysłuchałem po kilka numerów; na niektóre kapele bardzo chcę wrócić, żeby dać sobie pełniej przeżyć ich muzyczne światy, o innych dotychczasowa wiedza na razie mi wystarczy. Wniosek ogólny: jest więcej niż dobrze! Fajna ta nasza muzyka, dużo się jej gra, chodzą na nią ludzie. Zawsze chciałoby się, żeby chodziło ich więcej, ale po to robiliśmy z Fundacją badanie Polska Koncertowa, po to są showcase’y, po to te wszystkie branżowe konferencje. Nawet jeśli rynek staje się w swoim rozwarstwieniu trudniejszy niż kiedyś, to też jeszcze nigdy branża w sektorze DIY, czyli offowym, nie była tak zorganizowana i nastawiona na rozwój.
Dla Polski z Offu ten rok był rokiem przejściowym, co zresztą przewidywaliśmy, wiedząc, z jakimi zawirowaniami wiążą się zwykle przemeblowania w samorządach, a te jeszcze odbywały się na bazie drugiego bałaganu po zmianie władz centralnych. Zgodnie z planem do maja prowadziliśmy nasz cykl koncertowy w OKO; piękne były to koncerty, ale póki co ostatnie pod tym szyldem – goleniowski festiwal musiał utrzymać cykl dwuletni, więc planujemy go dopiero na ten rok, wiele innych wydarzeń, nad jakimi pracowaliśmy, nie uzyskało finansowania. Czekamy na kolejne wyniki, żeby zaprosić was na nowe rzeczy od PzO w 2025! Stale realizowaliśmy naszą comiesięczną audycję w Radio Kapitał, relacjonowaliśmy w niej kolejne showcase’y, zapraszaliśmy fajnych gości, ale z kolei przy tej intensywnej obecności na koncertach mniej zdążyliśmy zrealizować odsłuchów niż zwykle, więc zalegamy z publikacjami playlist – tak to bywa z zajęciami po godzinach, choćby i najprzyjemniejszymi. Za to udało nam się uruchomić nową, wydawniczą odnogę inicjatywy – w ramach serii „Polska z Offu: MOMENTY” dajemy wam do odsłuchu koncertowe wykonania z wydarzeń naszych cykli i festiwali! Po otwierającym serię albumie „Zarzamora” pracujemy nad dwoma kolejnymi tytułami. Wielka frajda!
Działo się dużo i różnie. Tym razem nie składam więc podsumowania z osobnych topek albumów, singli, koncertów czy odkryć. Tym razem, standardowo wyłączając nasze fundacyjne wydania i koncerty PzO, po prostu polecę dobrą muzykę, która została ze mną po tym roku – posłuchajcie jej i wy!
Ciśnienie // koncert na NEXT Fest
Że Ciśnienie to zjawisko, wiemy od samego początku Polski z Offu i split albumu z nieodżałowanym Lodem 9 i orkiestrą Kopalni „Wujek” (2020), który wrył nas wszystkich w ziemię. Kolejne płyty Ciśnienia gruntowały w moich uszach pozycję kapeli-zjawiska, z czego najbliżej mi chyba do ostatniego, „Zwierzakom” (2023), gdzie długie dronujące improwizacje, transowe repetytywy i ciężki, industrialno-noisowy wpierdol zaprzęgnięty został do podkreślania – wbrew pozorom – zwiewnych jazzowych melodii. Ale do pełnego doświadczenia Ciśnienia brakowało mi przeżycia ich koncertu, i nareszcie w minionym roku przyniósł mi tę możliwość NEXT Fest. Płakałem! Mimo wczesnej pory, białych kawiarnianych ścian SARP-u i niełatwego ustawienia wobec publiczności – zdarzył się tam jakiś niewiarygodny rytuał. Muzyka, która wylewa się z tych ludzi, jest zupełnie niezależna od niczego, nawet od ich instrumentarium; co i rusz łapałem się na zadziwieniu, że kwartet topi nas w tych dźwiękach, które brzmią jakby samą esencję natury wydzierano przy nas z wnętrza ziemi, przy pomocy skromnego w sumie i dość klasycznego setupu. To było czyste skupienie, emocje z muzyki pozwalające skomunikować się z różnymi własnymi tematami z głębin, imponujący skill, zapierająca dech aranżacyjna pomysłowość i wykonawcza charyzma. Płakałem, bo nie dało się inaczej. Bartek Mieżyński, który też jest bardzo dobry w wydzieraniu rzeczy z wnętrza, nazywa ten kierunek art-noisem, i to świetna, trafiona nazwa. Chcę tego więcej. Potrzebuję.
Bad Ritual // koncert na WrOFF-ie // „Bad Ritual” (digital self-release)
Geez, jak bardzo brakowało mi takiego grania. Takiego, wiecie, amerykańskiego, które przenosi myślami na nigdy niewidziane zdewastowane przedmieścia miasteczek z głębokiego interioru Stanów, a zdobyty mimo trudów dalekiego shippingu egzemplarz fizycznego niezalowego wydania tej kapeli, co tak gra, pozwala uważać swoją płytotekę za wyjątkową. No i tak, po moich dawnych zagranicznych peregrynacjach muzycznych mam już wyjątkową płytotekę, ale ja nie o tym, bo od dawna chciało mi się jakichś nowych tytułów z podobnego porządku. A wrocławskie trio Bad Ritual gra tę americanę amerykańszczej od Amerykanów, z takim feelingiem, tak czadowo i pewnie, przy tym z taką lekkością w projektowaniu tych wyobrażonych przedmiejskich emocji, i wreszcie – z taką charyzmą przy nieoczywistym rozkładzie ról, bo wokalistą kapeli jest jej bębniarz, że nic, tylko się w tym grańsku zatopić. Klasa, styl, swag! I chociaż jest to muzyka raczej ciemna, raczej w nieprzyjemne zaglądająca zakamarki, to równocześnie daje tyle takiego feelgoodowego poczucia, że śmiało można ją puszczać jako miłe wzmocnienie słonecznego dnia z równym skutkiem, jak jako wyściółkę dla grobowych nastrojów. Koncert tej ekipy na WrOFF-ie zapisał się w mojej pamięci jako czas nie dającej się niczym popsuć, szczerej przyjemności. I tylko chciałbym jeszcze mieć w rękach fizyk ich debiutanckiego albumu, ale cóż – na to muszę jeszcze poczekać. Kto wie, może przynajmniej do momentu, aż nie znajdę finansowania, żeby wydać go nakładem Fundacji, bo ktoś wydać go przecież musi. Nie takie rzeczy robiło się dla wyjątkowości płytoteki!
Filip Żółtowski Quartet // koncert na Tak Brzmi Miasto // „Bibi” (CD/LP, Alpaka Records)
Dwukrotnie udało mi się w tym roku dostać na koncerty Kosmonautów, którzy po pierwszym singlu przebojem wzięli branżę, umiejętnie przekuwając doświadczenia post-jazzowych projektów jak USO9001 w rzecz nie dość, że przystępną, to generującą solidny popyt. I podobało mi się, nie będę kłamał, że nie – ale dopiero koncert Filipa Żółtowskiego na TBM-ie dał mi te ciary, jakich oczekiwałbym po projekcie wychodzącym od jazzu i docierającym, gdzie mu się żywnie spodoba. Woah, jaki to był ogień, jaka błyskotliwość, jaka energia! Od pewnego momentu przestałem zbierać szczękę z podłogi, bo i tak zaraz trafiała tam z powrotem. Na pewno dużo dała muzykom frajda grania dla nie-jazzowej, a showcase’owej publiczności, która nie uznaje żadnych reguł i jak ze sceny idą wciry, to pod sceną jest młyn. Ale nie byłoby młynu, gdyby nie było wcirów. Nie dajcie się zwieść sztywno brzmiącej nazwie tego ansamblu, tylko weźcie otwarte głowy i idźcie w pogo!
Wspaniałymi koncertami obrodziło, więc wymienię już tylko kilka szczególnych. Spełniłem dwa marzenia z roku ubiegłego i zobaczyłem na żywo kwintet Magdy Kuraś z „Tryptykiem Biłgorajskim” i Penthouse; miałem te same co przy płytach, a nawet mocniejsze, odpowiednio: ciary i przyjemność. Max Brawura i susk, choć w muzyce skrajnie różni, na koncertach zagrywają kartę będącą ich wspólnym największym atutem: są sobą, a ich naturalność piorunująco działa ze sceny. Z hip-hopu oprócz fajnie rokującego Gnomma i wspomnianej susk zdarzyło mi się widzieć pięknych oldskulowców – na tym samym co ona WroSoundzie materiał ze swojego podziemnego debiutu „Kilka numerów o czymś” sprzed półtorej dekady zagrał siwiuteńki na brodzie Małpa, a w Rzeszowie Festiwal Arcydzieł gościł jubileuszowy, premierowy program Eskaubeia, który z okazji 25 lat na scenie uczcił swoje wyjście z bloków literackim flirtem z Proustem.
Dużo mamy fajnego rocka, takiego służącego bezwstydnej przyjemności. Wrocławianom z Noise River wypada nawet skakać z gitarami i klęczeć na solówkach (i do twarzy im z tym!), a poznańscy Wilson Wilson w połowie potężnego numeru nie boją się spontanicznie zagrać dialogu na dwie perkusje, z czego za jedną robi drewniany case na któryś z instrumentów. Podobnie bez kompleksów grają Włókno i Promyki, może tylko trochę skrajniej, podlaskie Włókno w stronę progresywnych suit, a reprezentanci Peletonu – soczystego brudnego punka. Za mało uczęszczałem na dobry metal poza S.O.M.Ą., ale bębenki starał mi się popsuć przynajmniej Bartek Mieżyński w toruńskiej OdNowie i na livesesji w Studio Cierpienie, z czego cieszę się tym bardziej, że fajnie jest podziwiać kolegów. Odnośnie kolegów, Chrust – to – jest fol-ko-wy zespół, kto klaskał na siedem ten wie, a koncertowy, oj! Byłem na ich gigach ze trzy razy, ale zostawię ich na później, bo już widzę, że będzie przy nich o czym mówić za rok. Ciągle noszę w serduszku ciepło gigów Izdeba i plots, i w obu przypadkach chciałbym wrócić na ich dłuższe sety niż oferował Great September.
Porywające fryty grał mi w poznańskim Dragonie kwartet (na dwie perkusje i dwa saksofony) Postaremczak/Giżycki/Dąbrowski/Pakuła, a w Goleniowie na Bramacie polsko-greckie duo Fotiou/Wójciński. Mięsiste dżezy, ale to elektronika, ale w sumie to chodzi o groove, zafundowała mi Zima Stulecia w Dworku Białoprądnickim, a wcześniej też i MiR (nie ten świętokrzyski, tylko duet Miłosza Pękali i Bartosza Webera). Niewiarygodne imprezy rozkręcali bohaterowie finałowych koncertów showcase’u SeaYou, Lasy i Ńoko. Na skali punk-jazz Lasy byłyby wychylone ku punkowi, Ńoko ciut bardziej do jazzu, ale oba jednak blisko środka, a ten środek to takie taneczne wciry, że cię będzie telepało. Z jeszcze innej bajki, widziałem też dwa fantastyczne koncertowe show, bawiące się piosenką aktorską: zespół Rejs, petarda z Przeglądu Piosenki Aktorskiej 2023, i „Freakshow” Karoliny Czarneckiej z programu PPA zeszłorocznego. Fajnie się patrzyło też, jak w połowie koncertu Marcin Świetlicki w ramach konferansjerki aktywizował widzów, żeby ogarnęli mu z baru drinka i podali na scenę, ale i tak zaraz zostawiał na niej resztę Zgniłości samopas, bo musiał iść na szluga. Pewnie gdyby coś takiego robił dziś dowolny rockandrollowiec, to byłoby słabe – ale Świetlickiemu skandującemu własną poezję do jazzu jakoś przystoi.
Choć nie mieszczą się w założeniach Polski z Offu, muszę wyróżnić też dwa koncerty zagranicznych wykonawców. Australijczycy z The Omnific grają obraźliwie wręcz energetyczny, podlany metalem hardrock na samych gitarach basowych: przygoda dla wszystkich, dla bassheadów raj. Z kolei belgijski żeński sekstet Ladr Ache to jest czysta magia, rytuał, zabawa i wyobraźnia. Od amplifikowanych kamieni po gitarowe groovy, od modularowych loopów po transowe bębny, wszystko składa się w esencjonalny seans zaskoczeń i frajdy, kiedy dziewczyny grające pośrodku widzów, zwrócone do siebie, wędrują po kole, przejmując po sobie kolejne stanowiska i instrumenty.
Doświadczeń live miałem dużo, ale i na trochę takich nagrań trafiłem, że nic, tylko mieć nadzieję na koncerty tych projektów. I niech zdarzą się jak najszybciej!
Wolne Bałuty // „Poezja zjePana” (CD, Dalmafon)
Łukasz z Bałut jest dla Łodzi jak lew jest król dżungli – był wszędzie, przeżył wszystko i wziął jak swoje. Dziś chyba najbardziej rozpoznawalny jest jako miejski aktywista i fotograf, dokumentujący zanikanie starej architektury dzielnicy Bałuty w dobie jej gentryfikacji – ale to tylko jedna z jego twarzy. Bokser i sędzia bokserski, harcerz i punkowy performer, twórca autorskich piosenek i hypeman w dadaistycznym projekcie electro Elektryczny Węgorz, kierownik literacki w Teatrze Szwalnia i artysta wizualny, posługujący się językiem filmowego dokumentu, przez lata budujący wstrząsającą autonarrację w ramach reguł narzuconej sobie dogmy w youtubowym cyklu „Gorzej być nie może”. Przez lata off i Łukasz to były praktycznie synonimy, żył szeroko i bohemiarsko, a niezależność postaw przy jego rogatej duszy nigdy nie była pustym hasłem i często prowadziła go w skrajne sytuacje. W sumie więc pewnie jednak mogło być gorzej, ale szczęśliwie jest lepiej i z radością obserwuję Łukasza ścieżkę – a wszystkie te wcześniejsze doświadczenia, z których część przez kilka lat miałem okazję z nim dzielić, słyszę w jego piosenkach. Oto jest prawdziwy miejski folklor, nie jakieś tam pozorowanie Grzesiuka, tylko szczere, rozdzierające granie z serducha, tu i teraz, na środku osiedla! Wulgarne i liryczne, gorycz kontrujące nadzieją, częściej wywlekające na wierzch żyły niż schowane za ironią, trochę cocky a trochę zdradzające twarz wrażliwca. A Wolne Bałuty to grupa bliskich Łukaszowi osób i świetnych instrumentalistów, która prostym kompozycjom na gitarę i ukulele nadała aranżacyjnego blasku, wzbogaciła je fakturami brzmień skrzypiec, klarnetów, wokalnych harmonii, nie wstydząc się żadnej gatunkowej inspiracji. Jest więc „Poezja zjePana” (wiadomo, że zjebana, nie muszę tego pisać, prawda?) jakimś pięknym punktem dojścia, podsumowującym kilkanaście lat Łukaszowego piosenkopisarstwa – ale jestem przekonany, że też i nowym punktem startu. No i, co znaczące – ten album to live, szczęśliwie pozostawiający w zapisie niedoskonałości i spontaniczne momenty, dogadywanie pomysłów z zespołem na bieżąco w trakcie koncertu, punkową energię. Życie!
Joanka // Idę (singiel, digital self-release)
Ten numer imponuje mi w dwójnasób. Po drugie dlatego, że w dobie dzisiejszych standardów rynku definiowanego wymogami platform streamingowych taki singiel poszedłby szeroko, a kolejny jeszcze szerzej, gdyby podlać go odpowiednią promocją, pre-save’ami, miejscami na playlistach itd,. itd. Tymczasem wokalistka i tancerka Joanna Kovaćs nie, ona nic z tych rzeczy, ona wrzuca je na platformy praktycznie incognito, nawet bez linków do sociali, wyłącznie pod swoim imieniem – i buduje to muzyczne portfolio konsekwentnie, ale w swoim tempie. To po drugie, a po pierwsze – „Idę” to numer wybitny, oparty na poruszającym kontraście minimalistycznej kompozycji, przywodzącej na myśl współczesną popularną pianistykę spod znaku hani rani i piwniczną piosenkę literacką, i uduchowionej melodii wokalu, korzystającej ze wschodnich skal; żaden ze mnie specjalista, ale chyba zwłaszcza o arabskiej proweniencji. Te nieoczywiste harmonie odnalezione między tropami europejskimi i pozaeuropejskimi w połączeniu z poetyckim tekstem bystro wykorzystującym skojarzenia z biblijnym rekwizytorium – ojj, to jest przeżycie, ciary, wzruszenie. Drugi singiel „…Dom” nie stara się doskoczyć do tej poprzeczki, idzie w innym kierunku, potwierdzając niezwykłe warunki i umiejętności Joanki. Czekam, co dalej!
Sitartronic // Lower Silesia Voices (CD, Vox di Luna)
Dla miłośników wycieczek, takich, co od world music wychodzą i do folkowych klimatów ostatecznie prowadzą, ale po drodze mijają tyle gatunków i inspiracji, ile im się spodoba. Wrocławski sitarzysta Tomek Orszulak jako drugi swój longplej w zeszłym roku wydał coś w rodzaju albumu producenckiego: skomponował instrumentale, zaaranżował z udziałem świetnych muzyków i zaprosił do nich wokalistki. Ale że to też projekt głęboko offowy z ducha, wokalistki zaprosił offowe, związane z regionem, zamiast piosenkowych struktur dał im odpalić full showoff mode w budowaniu imponujących wokaliz, ponagrywał to wszystko po domach, korzystając z szaf z ubraniami jak z kabin wokalnych, i cyk, gotowe. Wśród „Głosów Dolnego Śląska” znalazły się m.in. Magda Pasierska czyli MAPA, Ola Gronowska z Kos, Emose Uhunmwangho z Teatru Capitol, Dana Vynnytska z DagaDany. Wyszła rzecz porywająca, kiedy się w nią wsłuchać uważnie, ale też energetyzująca, gdy ją puścić jako muzykę tła. Bezstratne połączenie tych dwóch charakterystyk to nie lada osiągnięcie!
Paralyzed till Summer // „DAWN” (digital self-release)
O, a to taki album, do którego regularnie wracam, bo to murowane feel good. Anglojęzyczne, słoneczno-melancholijne numery tego sfeminizowanego kwartetu to indie-rock, ale szczęśliwie unikający wszystkiego, co stereotypowo może odrzucać na myśl o przedrostku „indie”. Nie, nie będzie tu flirtu ani z emo, ani grunge’em, słyszę w tym materiale raczej pogłosy 2010’s-owych estetyk spod znaku dawnego Warpaint, ale przefiltrowane przez współczesną wrażliwość i zdecydowanie autorskie myślenie o strukturach i harmoniach. A to, jaką robotę robią PTS-om te nieoczywiste wielogłosy i programowa dezynwoltura, nadająca całości semi-improwizowanego, lajwowego charakteru, to wiedzą tylko ci, co albumu posłuchali. Szczerze namawiam na dołączenie do tego wąskiego póki co grona. Tym bardziej, że wydanie płyty ze względu na trudną logistykę rozrzuconej po kraju kapeli miało być raczej podsumowaniem wspólnej pracy, ale ciepłe przyjęcie materiału zdaje się, że może przedłużyć jego koncertowe życie – a tego bardzo bym sobie życzył!
Himalaya Collective // „Parantele” (LP, U Know Me Records)
Fajny, kuratorski w gruncie rzeczy projekt Kolektywu, sięgający zadziwiająco głęboko w polski off. Wśród gości, zaproszonych do ubarwienia minimalistycznych, przywodzących niekiedy na myśl Shabakę produkcji, znajdują się artyści z każdej właściwie półki branży, od gigantów jak DJ 600V, przez obrzeża mainstreamu jak raper Prykson Fisk, konkretny niezal jak producent Brak Oczu, po off offu jak niezwykle utalentowana, ale pozostająca na etapie sporadycznych wrzutek na YT wokalistka Niebienie. Warto posłuchać choćby ze względu na tę przekrojową i imponująco szeroką listę indywidualności, które dołożyły swoje cegiełki do ogólnego moodu albumu. Pozycja na odprężający wieczór, ale nie zamulająca!
Pewnie najmocniejszym płytowym strzałem byłyby dla mnie IKSY i „ostatni raz, kiedy umarłam, miałam na sobie letnie ubrania” (33 Records) – mam mocne przekonanie, że to jest taki album, który się nie zestarzeje; pisałem o nim już TUTAJ. Poznański label 33 Records w ogóle miał mocny rok, z premierami m.in. Człowieka, Oskara Mira, czy świetnego, ambitnie popowego albumu Iwony Skv “1986”. Z polowych przyjemności, Soboń wypuścił longplej zatytułowany po doskonałym singlu “Wszechświat nas tańczy” (trochę self, trochę Agora) – i co prawda nie oswoiłem się do końca z tym miksem akustycznego popu, podfolkowionego wokalu i radiowych hooków, ale czuję, że jak się oswoję, to od razu się z nim zaprzyjaźnię. Artystka wizualna Olga Anna Markowska uwieńczyła swoje muzyczne poszukiwania, wywiedzione z fascynacji brzmieniem cytry, kasetowym wydaniem EP-ki „Thrills” (Kanu Kanu Recordings), wypełnionej czułym, emocjonalnym ambientem, jakiego chce mi się z przyjemnością słuchać.
Self-releasowcy też dowozili, począwszy od pięknego i pięknie wydanego debiutu „Kamień z serca” duetu Bez i Nadzieja z towarzyszeniem aranżowanej przez Maćka Pepłońskiego Orkiestry, przez cudowne minimalowe koronki od super-duo Syndyba, po przyjemnie mroczne „Korzenie” Toni. Metalowy bank rozbiło niewątpliwie “Tabernakulum” (Piranha Music), nowy album Doli, dokładnie tak dobry, jak można się spodziewać po tej fantastycznej kapeli, ale prywatnie bardziej mnie dotknęło pożegnanie Wędrowców~Tułaczy~Zbiegów z samymi sobą, bo ten niepodobny do niczego projekt Sarsa i Stawrogina uległ właśnie samorozwiązaniu. „Droga do domu” (Devoted Art Propaganda) jest najbliższa blekom spośród wszystkich płyt WTZ, ale wciąż dowcipna, zagadkowa i odpalona. I kiedy panowie, znając swoją estetykę, zastanawiają się „my na koniach ok / ale jak spalić wieś?”, z pełnym przekonaniem zastanawiam się z nimi.
Pojedyncze singielkowe strzały też się trafiały. Bez wskazania utworu zanotuję tu sobie na przyszłość, żeby wracać do KEIK.O, czyli duetu wokalistki ALEX i Wuji HZG, dziś już chyba naczelnego basisty RP – bo to przestrzeń absolutnej twórczej wolności, czasem aż trudno mi za tym podążać, ale podziwiam, doceniam i jestem ciekaw. Po falstarcie doskonałego singla „Cristal Melancholia” z 2022 wrócił duet Obrazek, i zdaje się, że zamierza już przez jakiś czas nie znikać; po trzech nowych, bardzo udanych singlach mam apetyt na album. Wróciła też Wina Wiatru, szybko po udanym longpleju „Kaszubskie klify” z 2023, z bardzo obiecującym singlem „Prorok” – a że naprawdę nie znam nikogo, kto tak mieszałby estetyki, czekam, gdzie dalej pójdą poszukiwania tej niepokornej ekipy.
A wy, jak wyglądał Wasz muzyczny rok?
fot. Taisiia Zhebryk
