Łukasz z Bałut jest dla Łodzi jak lew jest król dżungli – był wszędzie, przeżył wszystko i wziął jak swoje. Przez lata off i Łukasz to były praktycznie synonimy, żył szeroko i bohemiarsko, a niezależność postaw przy jego rogatej duszy nigdy nie była pustym hasłem i często prowadziła go w skrajne sytuacje. Wszystkie te doświadczenia słychać w jego piosenkach: oto jest prawdziwy miejski folklor, nie jakieś tam pozorowanie Grzesiuka, tylko szczere, rozdzierające granie z serducha, tu i teraz, na środku osiedla! Wulgarne i liryczne, gorycz kontrujące nadzieją, częściej wywlekające na wierzch żyły niż schowane za ironią, trochę cocky, a trochę zdradzające twarz wrażliwca. A Wolne Bałuty to grupa bliskich Łukaszowi osób i świetnych instrumentalistów, która prostym kompozycjom na gitarę i ukulele nadała aranżacyjnego blasku, wzbogaciła je fakturami brzmień skrzypiec, klarnetów, wokalnych harmonii, nie wstydząc się żadnej gatunkowej inspiracji. Jest więc Poezja zjePana (wiadomo, że zjebana, nie muszę tego pisać, prawda?) jakimś pięknym punktem dojścia, podsumowującym kilkanaście lat Łukaszowego piosenkopisarstwa – ale jestem przekonany, że też i nowym punktem startu. No i, co znaczące – ten album to live, szczęśliwie pozostawiający w zapisie niedoskonałości i spontaniczne momenty, dogadywanie pomysłów z zespołem na bieżąco w trakcie koncertu, punkową energię. Życie!









