Rachunek krzywd

Podobno nauk zawartych w Biblii nie powinno się interpretować ani dosłownie, ani z użyciem współczesnego klucza interpretacyjnego. Jednocześnie – podobno Pismo Święte ma być dla jego użytkowników nieustającą inspiracją i natchnieniem. Jak jednak zmierzyć się z kontrowersyjnymi fragmentami Starego Testamentu, które są pełne przemocy i okrucieństwa? W dodatku – nieuzasadnionego, niewspółmiernego do często wątpliwych win? Wyzwanie podjął zespół Katarzyny Minkowskiej podczas tegorocznej edycji Nowych Epifanii, w spektaklu Maria Magdalena. Wykład o grzechu.

91471641_217321379475993_8733521877055569920_n

Wbrew pozorom, to nie tytułowa postać Marii z Magdalii jest tutaj centrum opowieści. To raczej przewodniczka po świecie kobiet w Starym Testamencie. Świecie okrutnym i niezrozumiałym. Na samym początku wykładu narratorka stawia tezę, mówiącą, że niewiele wiadomo o życiu Magdaleny. Nie wszystkie źródła potwierdzają wersję o tym, że była prostytutką, błędne jest utożsamianie jej z siostrą Marty i Łazarza, tą od wonnych olejów. Jedyne, co wiemy na pewno, to że była uczennicą Chrystusa, a ten uwolnił ją od siedmiu demonów.

Maria Magdalena prowadzi swój wykład przesłodzonym, odrobinę sztucznym głosem Sylwii Boroń. Szczęśliwa, pełna spokoju kobieta bez żalu opowiada o powszechnym niezrozumieniu postaci i swoim cudownym uwolnieniu. Nie jest jednak przekonująca, wręcz przeciwnie – a jej spokój i gorliwość przywodzą na myśl sposób zachowania telewizyjnych kaznodziejów z amerykańskiej telewizji lub akwizytorów werbujących do sekty użytkowników innowacyjnego sprzętu kuchennego. To skojarzenie naprowadza mnie na istotny trop. Istnieje coś takiego jak overselling, czyli przereklamowanie produktu. Bez względu na to, czy ktoś przekonuje do wyjścia z nałogu, zawierzenia siebie Jezusowi czy kupienia nowego garnka, te wszystkie niesamowite ozdrowieńcze historie mogą odbić się od uszu słuchaczy, kiedy nie będą poparte prawdziwym świadectwem trudności, cierpienia i traumy. Kogo może obchodzić zbawianie zbawionych? Dlatego o wiele ciekawiej zaczyna się robić, gdy Maria Magdalena przedstawia po kolei swoje demony.

To w większości nieme performerki: Ewa, Żona Lota, Zuzanna, Bezimienna Kobieta, Judyta, Żona Lewita z Efraima, a także Dalila. Siedem uosobionych historii krzywdy, strachu, bólu i zemsty. Grane bez słów, czasem puentowane ruchem scenicznym lub projekcjami na ekranie z tyłu sceny. To kanoniczne grzesznice, które zrozumienie znajdują dopiero w słowach nowotestamentowej Marii Magdaleny. Bohaterka przedstawia opowieści kobiet nie oceniając ich postaw, a nawet identyfikując się z ich bólem. Opowiada o Żonie Lota, która zdroworozsądkowo ogląda się za siebie, by upewnić się, że podczas ucieczki z miasta nikt nie zrobił krzywdy jej córkom. Nie może przecież w tej kwestii liczyć na męża, który gorliwie zaoferował te niedorosłe, niewinne istoty mieszkańcom Sodomy i Gomory, pod warunkiem że ci nie skrzywdzą jego gości. Dlaczego jego nie spotkała za to kara?

W poruszanych fragmentach rodzina opiera się raczej na relacjach władzy, niż przywiązania i zrozumienia. Przekonała się o tym Zuzanna, portretowana przez Weronikę Humaj, której subtelna uroda budzi skojarzenia z dziewczęcością. Tym bardziej przykro ogląda się więc fragment o Zuzannie, którą dwoje mężczyzn chciało wykorzystać, szantażując ją ujawnieniem informacji o jej rzekomej zdradzie małżeńskiej. Została zaprowadzona przed sąd przez swoich prześladowców – a jej słowo nie znaczyło nic. Nie mogła szukać oparcia w mężu, czy nawet własnych rodzicach. Bóg uratował ją od śmierci w ostatniej chwili, ustami proroka Daniela. Jak gdyby nigdy nic, pozwolono jej na powrót do domu, do ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem pozwoliliby na jej stracenie.

W pamięć zapada także Judyta, zabójczyni Holofernesa, obrończyni Izraela. Bohaterka. Sparaliżowana lękiem postać, która dopuszcza się okrutnego czynu, by zemścić się za swój lud. Jej przerażenie i niechęć do samej siebie, niezgoda na zaakceptowanie tego, co sama zrobiła, dają się odczuć w każdym drgnieniu powietrza między aktorką a widownią.

91630442_232445617813585_910306245234130944_n

Z każdym kolejnym fragmentem atmosfera gęstnieje coraz bardziej, a publiczność zdaje się coraz mniej rozumieć. To, co zaczęło się w miłej, lekko ironicznej atmosferze, okazało się wiwisekcją na bezbronnym ciele i pojęciu grzechu. Ciężko zaakceptować tak opowiadany Stary Testament, z całą jego niesprawiedliwością, niejednoznacznością (okoliczności) i kategorycznym potępieniem (często kobiet, winnych tylko tego, kim są). Trudno może być zwłaszcza postępowym katolikom, których postępowi duchowni namawiają do humanizmu, jednocześnie odmawiając człowieczeństwa i prawa do szczęścia niektórym z nas. Czemu winna była Żona Lota, której przypisuje się słabość charakteru? Była tylko tym, kim była i miała prawo na mgnienie oka zwątpić w poczytalność męża, wyprowadzającego rodzinę za miasto w środku nocy. Czemu winna była Ewa i dlaczego zawsze jest bardziej winna od Adama? Jak długo jeszcze niektórzy z nas będą potępiani przez Kościół tylko za bycie tymi, kim są i kochanie tych, kogo kochają?

Najtrudniej słucha się o Żonie Lewity z Efraima. Właściwie, prawie niemożliwe jest jej słuchać. Pewnego dnia opuściła swojego pana (męża) i udała się do domu swojego ojca. Niektóre źródła mówią, że go zdradziła, inne – że pragnęła zdrady i nie mogła znieść tej myśli. Lewita wyruszył za nią, ponieważ podobno bardzo ją kochał. W drodze powrotnej zatrzymali się u pewnego gościnnego człowieka w mieście Gibea:

Przyprowadził go więc do swego domu, osłom dał obrok, po czym umyli nogi, jedli i pili. Tymczasem, gdy oni rozweselali swoje serca, przewrotni mężowie tego miasta otoczyli dom, a kołacząc we drzwi rzekli do starca, gospodarza owego domu : „Wyprowadź męża, który przekroczył próg twego domu, chcemy z nim obcować”. Człowiek ów, wyszedłszy do nich rzekł: „Nie, bracia moi, proszę was, nie czyńcie tego zła, albowiem człowiek ten wszedł od mego domu, nie popełniajcie tego bezeceństwa. Oto jest tu córka moja, dziewica, oraz jego żona, wyprowadzę je zaraz, obcujcie z nimi i róbcie, co wam się wyda słuszne, tylko mężowi temu nie czyńcie tego bezeceństwa”. Mężowie ci nie chcieli go usłuchać. [Lewita] zatem zabrawszy swoją żonę wyprowadził ją na zewnątrz. A oni z nią obcowali i dopuszczali się na niej gwałtu przez całą noc aż do świtu. Puścili ją wolno dopiero wtedy, gdy wschodziła zorza. Kobieta owa, wracając o świcie, upadła u drzwi owego męża, gdzie był jej pan, i pozostała tam aż do chwili, gdy poczęło dnieć. Pan jej, wstawszy rano, otworzył drzwi domu i wyszedł chcąc wyruszyć w dalszą drogę, i ujrzał kobietę, swoją żonę, leżącą u drzwi domu z rękami na progu. „Wstań, a pojedziemy!” – rzekł do niej, lecz ona nic nie odpowiadała. (Sdz 19-21)

Gdzieś w tej historii przecież zagubiła się miłość Lewity, ustąpiła chęci zemsty, a może ratowania swojego życia. Nie wierzę jednak, że jakakolwiek katoliczka wyciąga z tej historii nieustającą inspirację i natchnienie. Na tym fragmencie wywracają się ciągi myślowe wielu teologów i postępowych katolików. W Rozmowie z katolicką feministką, dr Elżbietą Adamiak, opublikowaną w „Polityce” w roku 2011, przeczytałam:

Są w Starym Testamencie historie, w których w żaden sposób nie dochodzi do głosu opiekuńcza rola Boga. Można się tylko pocieszać, że cała głębia cierpienia kobiet została w nich zapamiętana. Cieszmy się, że dla nas te teksty są tak obce kulturowo, bo to znaczy, że żyjemy już w innym świecie.

Cieszmy się zatem! Niewątpliwie jest się z czego cieszyć. Jednak to pustosłowie nie przybliża nikogo do sensu nawet o milimetr.

Z mojej perspektywy na szczęście nie trzeba koniecznie szukać sensu w Biblii. Można próbować szukać go w spektaklu Minkowskiej. Długo nie mogłam znaleźć połączenia – poza tematycznym – postaci scenicznej Marii Magdaleny z kobietami ze Starego Testamentu. Głowiłam się nad tym, dlaczego to akurat one stały się jej demonami, spośród tysięcy niewinnych ofiar z kart Księgi. Być może na tym polegało jej uwolnienie się od demonów, przemawiających przez nią głosami skrzywdzonych pokoleń jej poprzedniczek – na zrozumieniu i przeżyciu ich bólu. Być może musiała zanieść ich głosy do Jezusa, by za jej pośrednictwem mogły zostać zbawione. Może Jezus Chrystus obiecał im – oraz Magdalenie – inny świat, w którym kara nikogo już nie spotyka tylko za to, kim jest. I ona, pewna że tak będzie, opowiada nam to przerażające świadectwo krwi i kary – i czeka, aż On ten świat otworzy. Ja też chyba na to czekam.

Maria Magdalena. Wykład o grzechu

reż. Katarzyna Minkowska

Premiera 4 marca 2020 w ramach Festiwalu Nowe Epifanie, Teatr Powszechny

fot. materiały prasowe

Zobacz więcej artykułów w kategorii "Teatr" .