Przepowiednia kukabary

Jurij Andruchowycz wystąpił na Festiwalu Wioska Teatralna w Węgajtach zarówno jako performer, jak i pisarz. 21 lipca razem z Ulianą Horbaczewską i Bartem Pałygą zaprezentował koncert Antonycz w domu, a następnego dnia przeczytał nam fragment swojej najnowszej, jeszcze nieukończonej powieści Albert – napisanego w stylu postmodernistyczno-barokowym spisu „najbardziej niegodziwych uczynków w historii Ukrainy”. Tuż po czytaniu i dyskusji z udziałem Edwina Bendyka, udało mi się z Andruchowyczem porozmawiać – o polityczności, książkach i teatrze.

13669126_1740124619563225_3466831094991841529_n

Antonycz w domu, Węgajty, fot. Eugenia Wasylczenko

Karolina Rospondek: Wspaniale słuchało się tych fragmentów. Ta strategia osnuwania powieściowych wątków wokół prawdziwych postaci, chociaż z marginesu historii, jest niezmiernie interesująca. Myślę jednak, że nie ma większego znaczenia, ile z tej opowieści jest faktem historycznym, a ile fikcją. Co więcej, uważam, że im więcej pan dookoła tych ludzi nazmyślał, to tym bardziej są oni prawdziwi, żyją jakimś pełniejszym literackim życiem. Jak długo będziemy czekać na Alberta?

Jurij Andruchowycz: Wprawdzie pracuję nad tą książką od 26 lat, ale moja strategia zbierania materiałów sprawdzała się lepiej na początku. Otóż ja tych moich postaci nie szukałem, wychodziłem z założenia, że to one do mnie przyjdą, zapukają. I przychodziły, mimochodem, ze źródeł, do których zaglądałem z innych powodów, przetykały się między innymi moimi pracami. I może dlatego to tyle trwało, to nie tak, że ja tę jedną powieść piszę tyle czasu. Jedna taka historia powstawała raz na pięć lub siedem lat. Teraz jednak zmieniam ten system, bo zaczyna mi się klarować, jak książka będzie wyglądać ostatecznie. Podejmuję inicjatywę, sam szukam. Chciałbym, żeby Albert ukazał się po ukraińsku na początku przyszłego roku, wobec tego polski przekład będzie trochę później.

Rospondek: Jak wygląda taka twórczość na tle pozostałych współczesnych ukraińskich pisarzy? Wiem, że wielu z nich zajmuje się teraz przede wszystkim aktualnymi tematami. Czy jest pan jedyny, którego interesują akta sądowe sprzed czterystu lat i dziwne miejskie legendy?

Andruchowycz: Absolutnie nie jestem jedyny, mamy cały poważny nurt pisarzy pracujących z materiałem historycznym. Mimo to, napisania powieści historycznej w tradycyjnym sensie nie uważam za ciekawe zadanie. Bardziej interesuje mnie poetyzowanie tego materiału, budowanie wokół niego znaczeń. Może nie wypada mi reklamować twórczości własnej córki, ale napisała świetną powieść, która ukazała się już po polsku – jakieś dwa tygodnie temu. Moja córka nazywa się Sofija Andruchowycz, a jej książka – Felix Austria. To w żadnej mierze nie jest powieść historyczna, ale opowiada o naszym rodzinnym mieście (dawniej Stanisławowie) około roku 1900. Inspiracji Sofija szukała w dawnej prasie i stworzyła historię trójkąta miłosnego. To tylko jeden z przykładów. Ja zwykle, kiedy zwracam się w te rejony, to nigdy nie w celu uprawiania klasycznej beletrystyki.

Rospondek: Czy opisane przez pana praktyki pisarskie mają, minimalny chociaż, wydźwięk polityczny?

Andruchowycz: Na pewno. Oczywiście, jeśli dokładnie się przyjrzeć, to każde działanie każdego artysty ma swój wydźwięk polityczny. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy twórca wyznaje zasadę apolityczności. Ja na Ukrainie zapracowałem sobie na status takiego twórcy, którego niekoniecznie trzeba czytać, ale o którym trzeba mówić. Dlatego mam wielu oponentów, którzy atakują mnie za polityczne wypowiedzi, ale to nie do końca dotyczy mojej twórczości, raczej mojej postaci medialnej.

Rospondek: Za jakie wypowiedzi?

Andruchowycz: Ja w roku 2010 miałem swoją wizję tego, co stanie się u nas w Donbasie. Lata przed tym konfliktem przewidziałem, że on tam wybuchnie, że prawdopodobnie mieszkańcy tamtych terenów będą chcieli od nas odejść. Proponowałem, aby wziąć pod uwagę zdanie tych ludzi i rozwiązać sprawę nie zbrojnie, może w wyniku jakiegoś referendum. I za te słowa do dzisiaj jestem miażdżony, z różnych stron. Nawet po sześciu latach na Ukrainie większość wywiadów ze mną zaczyna się od pytania o tamten tekst, zrobiła się z tego przepowiednia.

13735675_1740124642896556_4691823323925876220_o

Jurij Andruchowycz, Węgajty, fot. Eugenia Wasylczenko

Rospondek: Na spotkaniu mówił pan o emocjonalnych reakcjach po wystawieniu Alberta [muzycznego performansu na podstawie fragmentu powieści – red.] w okolicach Majdanu. Wydaje mi się, że potrzeba ogromnej odwagi, aby w tej rzeczywistości, gdzie, jak pan mówił, nawet pracujący na froncie psychologowie potrzebują pomocy psychologów, pokazać coś oderwanego od realiów, jednocześnie nasączonego tak pięknym tragikomizmem, zamiast dzieła otwarcie politycznego. Na ile to było działanie zamierzone?

Andruchowycz: Nie było w ogóle. Majdan rozegrał się pod koniec roku 2013, a my premierę mieliśmy w lipcu i nikt nie przeczuwał, że coś takiego się wydarzy. Spodziewaliśmy się, że będzie gorzej, lecz panowała stagnacja, nikt nie zauważał realnych problemów. Aż w końcu stanęliśmy przed dylematem – odwoływać koncerty, czy sprostać sytuacji. Wybraliśmy to drugie, choć nie chcieliśmy na siłę dopasowywać niczego do kontekstu. Pojawiły się wątpliwości, czy warto z tym jechać, czy ktoś zauważy to nasze działanie. Spektakl zadziałał przez przestrzeń, zwłaszcza dzięki symbolowi ognia [bohater wokół którego toczy się narracja, zostaje spalony na stosie – przyp. aut.]. Protestujący na Majdanie grzali się przy koksownikach, na występ przyszli dosłownie od tych koksowników oderwani. Poczuli, że to o nich – opowieść o buncie, przemocy, sądzeniu, być może zbawieniu.

Rospondek: Pan i inni publicyści mówicie dużo o żalu, który Ukraina ma do Europy o to, że „moda na Majdan” okazała się krótkotrwałym zjawiskiem. Pamiętam poruszenie pod koniec 2013 w Polsce; zrywy, wysyłanie protestującym ubrań, leków. I pańskie apele repostowane w polskim Internecie… Na ile ten żal Ukrainy do Europy jest teraz też żalem do Polski?

Andruchowycz: Wciąż silny jest stereotyp fajnego Polaka, sojusznika Ukraińców, jeśli chodzi o Unię Europejską, to prawdopodobnie jedynego. Jednak mam świadomość, że w coraz większym stopniu to tylko stereotyp. Chociażby orzeczenie waszego rządu w sprawie Wołynia, uznanie tamtych wydarzeń za ludobójstwo. Dla mnie to nie było takie czarno-białe. Ale zdaję sobie sprawę, że to stanowisko waszego prawicowego rządu, który chce wydawać się silny wobec jeszcze bardziej skrajnej prawicy w sejmie. Obawiam się, że nasze stosunki będą się tylko pogarszać. Tak samo sądzą moi polscy przyjaciele. Oczywiście, ludzie mogą czuć i działać inaczej, choćby polscy i ukraińscy artyści działający we wspólnych projektach, ale tych politycy nie będą chcieli słuchać.

Rospondek: Odchodząc od wątków politycznych, chciałabym zapytać o Bohdana Igora Antonycza. Czy nadal jest poetą popularnym, kimś na kształt ukraińskiego Wojaczka, czy może przywołuje pan tę postać jedynie z osobistej sympatii?

Andruchowycz: Popularny on nie był nigdy, natomiast na pewno, nawet współcześnie, jest kultowy. Każda nowa generacja poetów przeżywa fascynację Antonyczem, on staje się dla nich przewodnikiem po ukraińskiej literaturze przedwojennej. Oczywiście, moja opowieść o Antonyczu jest w dużej mierze zmyślona.

13606488_1740124712896549_4675617236570864284_n

Antonycz w domu, Węgajty, fot. Eugenia Wasylczenko

Rospondek: Od dawna śledzę nie tylko pańskie książki, ale i nagrania. Jeśli dokładnie, chronologicznie im się przyjrzeć – od pierwszych projektów z Trzaską, przez współpracę z Karbido po to najnowsze antonyczowskie przedsięwzięcie, da się dostrzec konsekwentny rozwój. To, co pan teraz robi, to już nie melorecytacje, tylko spójne koncerty, w których równie ważna jest muzyka, słowo, jak i sposób działania słowem. To nowa jakość muzycznego performansu. A czy nie przychodzi panu do głowy napisanie czegoś typowo teatralnego?

Andruchowycz: Napisałem już dramat, rok temu, na zamówienie teatru ze Szwajcarii. Akcja dzieje się w pysznie zbudowanym, podupadającym grand hotelu w Alpach, a głównym bohaterem jest hotelowy grajek, pianista przygrywający gościom do kotleta, w dodatku przybysz z daleka. I okazało się, gdy to pisałem, że sam dla siebie potrzebuję jednak wątku Ukrainy i Majdanu i uczyniłem naszego grajka uchodźcą. Pochodzi z kraju, w którym działa się rewolucja, ludzie protestowali na placach, a on też tam grał. To dosłowny powidok tego co działo się w Kijowie, ludzie wynosili z domów stare fortepiany, a protestujący w kominiarkach zaczynali na nich grać, na przykład Etiudę Rewolucyjną Chopina albo Imagine. Jeden z nich zdobył nawet większą popularność, a aury tajemniczości dodawało mu, że nikt nie widział jego twarzy.

Rospondek: Kto był reżyserem tego spektaklu?

Andruchowycz: Manfred Ferrari, wystawił to całkiem zgrabnie, ale doszedłem do wniosku, że szkoda mi, że z historii o takim potencjale robi się sztukę teatralną. Napisałbym o tym kilkusetstronicową powieść. W teatrze ostatnie słowo należy do reżysera, a ja wolałbym, żeby należało jednak do mnie. Ale sceny nie porzucę, zbyt wiele satysfakcji te literacko-muzyczne projekty mi sprawiają.

Rospondek: Otóż to, wspomina pan wielokrotnie w wywiadach, że został pisarzem przede wszystkim z niemożności zostania gwiazdą rocka, bo nie umie pan grać na żadnym instrumencie. Takie pytanie na zakończenie: czy przez te wszystkie lata koncertowania i bliskiej współpracy z muzykami, coś się w tym temacie zmieniło?

Andruchowycz: Oczywiście, dostałem od zespołu w prezencie coś takiego prymitywnego… nazywa się kukabara. To jest aluminiowa trąbka, która w środku ma kawałek drewna. Drewno rezonuje od dmuchania w trąbkę i powstaje dźwięk – rzekomo naśladujący australijskiego ptaka. Kukabarę właśnie.

_________________________

Wywiad oryginalnie ukazał się w numerze drugim „ZWROTU” – gazety festiwalowej Wioski Teatralnej w sobotę 23 lipca 2016.