Niezależność w działaniu

Premierze Portalu DLA KONTRASTU towarzyszyła dyskusja z trojgiem artystów, działających poza głównym nurtem i obiegiem sztuki. O skomplikowanej definicji niezależności, zagrożeniach ze strony rynku i potrzebie spotkania rozmawiają Anna Sadowska, Małgorzata Majewska, Miron Grzegorkiewicz, Szymon Kazimierczak i Adam Karol Drozdowski.

premiera_portalu_DK_na_tle_sztuki_2015_3_2

Premiera Portalu DK, fot. natlesztuki.pl

Szymon Kazimierczak: Działacie na różnych polach sztuki, jesteście w różnych momentach swoich karier, ale łączy Was wszystkich to, że swoje działalności budowaliście i budujecie nadal własnymi rękami od zera. Przedstawcie się po kolei. Aniu, Ty pierwsza. Opowiedz nam, z jakich idei wyrasta działalność Teatru Realistycznego.

Anna Sadowska: Jestem szczęściarą, ponieważ wchodząc na rynek artystyczny odziedziczyłam doświadczenie dziesięciu lat działania Teatru, założonego przez Roberta Paluchowskiego. Robek był punkowcem teatru, który wierzył w ludzką niezależność i wolność, w to, że żeby coś stworzyć, trzeba najpierw burzyć, popsuć. Nauczyłam się od niego, że niczemu nie wolno być wiernym, że z nudą, apatią społeczną można walczyć środkami, jakie daje nam teatr, można walczyć poprzez uwalnianie własnego głosu – scena jest miejscem, w którym wolno mówić to, co myślimy. Nie robimy teatru po to, żeby coś dobrze wyglądało, ale po to na przykład, żeby komuś przypierdolić w nos, żeby ten ktoś coś wreszcie poczuł. Tak się uczyłam, kiedy byłam mała. Teraz, kiedy jestem duża, idę z maczetą przez świat, drążąc dołek dla samej siebie, moich przyjaciół oraz ludzi zainteresowanych, takich jak wy tutaj.

Robię to po to, żebyśmy nie czuli się wyobcowanymi krasnoludami, żebyśmy nie czuli się odosobnieni w tym, że, będąc artystami, nie chcemy bądź nie potrafimy wchodzić na duży rynek sztuki, że nie chcemy zrezygnować z własnej tożsamości i odcinać się od wcześniejszych wyborów. Chcemy się wobec tego sieciować, żeby spotykać ludzi takich jak ja, którzy przeżywają podobny dylemat, a mieszkają na drugim końcu Polski. Niektórzy tacy są tu dziś na sali. Oni robią swoje. Taka jest nasza idea: rób swoje, a wszystko przyjdzie. Choćby z płonącą zadrą we krwi.

Kazimierczak: Jak tego typu myślenie przekłada się na Waszą codzienną działalność, powiedzmy – w ciągu dwóch ostatnich lat, które przyniosły wiele zmian w funkcjonowaniu Teatru Realistycznego.

Sadowska: Jestem animatorem kultury, instruktorem teatralnym. Wczoraj akurat miałam zajęcia z dzieciakami w wieku gimnazjalnym na skierniewickim skateparku na moim osiedlu. Robiliśmy sondę skateparkową. Największą radość sprawiło mi, kiedy nasze dzieciaki podchodziły do ludzi mówiąc: „dzień dobry, jestem z Teatru Realistycznego”.

Przez ostatnie dwa lata rzeczywiście intensywnie działałyśmy, by to, co wypracowałyśmy artystycznie, przenieść na działalność Fundacji Teatru Realistycznego, która zajmuje się działalnością stricte społeczną. Działamy na rzecz społeczności lokalnej osiedla Widok, gdzie przeprowadziłyśmy się w lipcu 2014 roku. Chcemy edukować przede wszystkim młodzież, by młodzi byli bardziej kompetentnymi odbiorcami kultury, ale też by budowali kapitał ludzki, by nie przechodzili przez życie jakimś dzikim ślizgiem, ale potrafili z pewnością siebie podejmować refleksję. To między innymi próbujemy osiągnąć w projekcie „Widok na zmianę”. Z narzędziami sztuki wkraczamy w tę społeczną bierność, po to, żeby wychować nowe pokolenie fajnych ludzi, świadomych, mających dostęp do kultury, która dla pewnych grup społecznych jest powietrzem.

Mikołaj Sumiński

Widowisko Osiedlowe legendy, fot. Mikołaj Sumiński

Adam Karol Drozdowski: Mówisz o Waszym planie na rozwój następnego pokolenia, a co zastałyście na Widoku? Jaka jest potrzeba Waszego działania ze strony ludzi, z którymi się spotykacie?

Sadowska: Diagnoza jest słodko-kwaśna. Widok to duże betonowe osiedle, jakich pełno w każdym mieście. Ja jestem taką dziewczyną z bloku, to jest moje naturalne środowisko. W takich miejscach jest kultura, choć nie każdy potrafi ją dostrzec. Zastałyśmy tam ludzi, którzy chcą dobrze myśleć o przestrzeni, w której żyją, a którym wmawia się, że to przestrzeń płaska, niewartościowa, gdzie żyje hołota. Oni często sami o sobie tak podskórnie myślą, ale patrząc na swoje osiedle chcą widzieć jego piękno – że sprzyja ono życiu, zakładaniu rodzin, chodzeniu na zakupy, prowadzaniu dzieciaków do szkoły i spędzaniu wolnego czasu. To, co kuleje, to relacje międzyludzkie. Nie ma na Widoku kawiarni, klubu, nie ma gdzie pójść na koncert, nie ma gdzie się spotkać. Mieszkańcy Widoku artykułują to wyraźnie – nie ma przestrzeni, która dawałaby pretekst do spotkania.

Miron Grzegorkiewicz: Kto konkretnie to mówi?

Sadowska: Wymyśliłyśmy coś w rodzaju eventów badawczych na Widoku. Wychodziłyśmy w przestrzeń i pytałyśmy każdego napotkanego o jakość życia na tym osiedlu. To samo robiłyśmy w szkołach. Nasze diagnozy nie są socjologicznie reprezentatywne, ale są to badania jakościowe, one same w sobie tworzą zmianę społeczną, dlatego że tych ludzi nigdy nikt nie pytał, czego oni chcą. Między innymi prosiliśmy ludzi o zaznaczanie na mapie osiedla czerwoną pinezką miejsc, które kojarzą im się źle, zaś zieloną tych, które kojarzą im się pozytywnie, gdzie lubią spędzać czas. Ludzie byli zdziwieni: pytali, czy zbieramy pieniądze, bo słowo „fundacja” kojarzy się z działalnością charytatywną. Oczywiście w gimnazjum najwięcej czerwonych pinezek na mapie zebraliśmy wokół szkoły. Dorośli wbijali czerwone w Urząd Skarbowy, ale okazało się też, że ludzie nie lubią ryneczku, gdzie kupuje się owoce i warzywa.

To tylko jeden przykład takiego działania, ale grunt to wychodzić do ludzi. Nie wystarczy tylko wywiesić na drzwiach teatru kartkę z informacją o warsztatach dla dzieci, bo one nie przyjdą. Mają swoje zajęcia sportowe, do których są przyzwyczajone, nie są natomiast przyzwyczajone do udziału w kulturze. Nawet jeśli tak, to ma on formułę konkursu talentów. Na takiej formule nam jednak nie zależy, nie musimy mieć super filmowców czy malarzy. Chcemy, żeby ci młodzi ludzie uwierzyli w siebie i żeby zyskali kompetencje do aktywizacji, zabierania głosu i mówienia za siebie. Od pięknych rysunków wolimy, by któryś z naszych warsztatowiczów na przykład przekształcił wulgarny obraz na murze tak, by zachwycił kogoś swoim pozytywnym przesłaniem, czy nietuzinkową myślą. Najcenniejsze dla nas są działania na rzecz społeczności. Jeżeli nie ma na to pomysłu, możemy go wspólnie wypracowywać, nie oceniamy, wychodzimy z inicjatywą i odpowiadamy na oddolne inicjatywy. Kończymy projekt „Widok na zmianę”, w ramach którego społeczność osiedla otrzyma fundusz na realizację eventu na osiedlu, może będzie to kino pod chmurką, może koncert, to będzie zależało od nich. My natomiast będziemy służyły im swoim doświadczeniem i umiejętnościami, by wdrożyć ich w logikę projektową, zrealizować i rozpromować wydarzenie. To generuje nie tylko aktywność społeczną, ale przede wszystkim potrzebę tej aktywności.

Grzegorkiewicz: A jaka jest proporcja między działalnością społeczną a bardziej tradycyjną działalnością artystyczną Waszego teatru?

Sadowska: Działamy dwutorowo. Działalność artystyczna i społeczna to dwa filary naszej działalności, które w niektórych miejscach się spotykają. Na projekty społeczne stosunkowo łatwiej pozyskać pieniądze, jako artystka działająca na rynku sztuki, muszę dokładać do projektów artystycznych. Często muszę robić coś non-profit, bo to jest moja inwestycja. Jeśli zarabiamy coś na graniu spektakli, to te pieniądze są wchłaniane przez koszty stałe: księgową, utrzymanie budynku, nie wkładamy ich w siebie.

Zwiastun spektaklu Manifest Teatru Realistycznego

Kazimierczak: Gosiu, Twoja Galeria Jednego Obrazu funkcjonuje od dwóch lat. Zaczęło się od pomysłu, by otworzyć Twoje prywatne mieszkanie w centrum Lublina i prezentować twórczość malarską, graficzną – początkowo Twoją własną, z czasem znajomych. Dziś inicjatywa nabiera rozmachu. Opowiedz, skąd się ona wzięła, z jakiego wyrasta myślenia?

Małgorzata Majewska: Pochodzę z Lublina, zawsze byłam buntowniczką, z liceum plastycznego chcieli mnie wyrzucić, matka zawsze mówiła mi, że nigdy nic mi się nie podoba, na koloniach zawsze ciągnęłam się z tyłu grupy. Szkoła plastyczna potwornie mnie zmęczyła, na ASP nie chciałam zdawać. Przy tym na początku liceum miałam bardzo oryginalny pomysł, by wyjechać do Krakowa, wynająć mieszkanie na Kazimierzu, najlepiej strych, żyć ze sprzedawanych na ulicy obrazów i mieć kochanka, który byłby moim modelem. [śmiech]

Kazimierczak: I co, udało się?

Majewska: Jak widać! [śmiech] Częściowo się udało, ale to temat na inną rozmowę. Przez jakiś czas mieszkałam w Warszawie. Kiedy przeprowadziłam się z powrotem do Lublina, wynajęłam mieszkanie w centrum, zaczęłam spotykać się z dawnymi znajomymi związanymi ze sztuką i poczułam w nich ogromne zblazowanie, co na dłuższą metę było dla mnie męczące. Wydawało mi się, że to ludzie bardzo zdolni i wrażliwi, ale też nieudolni, nie potrafiący się promować. Podczas jednego ze spotkań rzuciłam: „słuchajcie, zróbmy u mnie w mieszkaniu wystawę”. W grupie pomysł szybko umarł, ale ja postanowiłam go zrealizować. Założyłam wydarzenie na Facebooku, a ponieważ mieszkanie było bardzo małe, zaprezentowałam tylko jedną pracę. Dało mi to do myślenia – gdyby w galeriach wystawiano tylko po jednym obrazie, można by się na nim naprawdę skupić. Wystawa się odbyła, do kawalerki przyszło nagle trzydzieści osób, nie tylko znajomych.

Klaudia Kobus — z Małgosia Majewska i Michalina Woźniak

Wernisaż w Galerii Jednego Obrazu, fot. Klaudia Kobus

Kazimierczak: Jak to wydarzenie dokładnie wyglądało?

Majewska: Wystawiłam pracę mojej znajomej fotografki, Jowity Paszko. Nie mieliśmy mebli, w pokoju stała tylko kanapa. Każdy przyniósł swój alkohol. Na początku, co robię do dziś przy okazji comiesięcznych wernisaży, przedstawiam autora pracy, zaś sama praca staje się pretekstem, żeby porozmawiać o twórczości tej osoby. Co bardzo mnie zaskoczyło – ludzie są tego bardzo ciekawi, zadają mnóstwo pytań. Kiedy przeprowadziłam się do dużego mieszkania, zaczęło przychodzić więcej osób – średnio około osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt. To było mieszkanie studenckie, mieszkaliśmy tam w pięć osób, w kuchni się paliło, a w moim pokoju odbywały się wystawy. Po wszystkim ludzie mogli zostać i porozmawiać. Potem zrobiło się poważniej, o projekcie dowiedziały się media, o co w ogóle nie zabiegałam. Lublin jest stosunkowo małym miastem, gdzie ludzie dość szybko się poznają; ludzie na ulicy czy w knajpach zaczęli mnie kojarzyć z Galerią. Kiedyś na wernisaż przyszli do mnie uczniowie liceum plastycznego i speszeni pytali, czy mogą otworzyć sobie piwo. [śmiech] Jestem teraz na etapie, w którym boję się, że ta moja spontaniczna inicjatywa zostanie zniszczona przez pieniądze.

Grzegorkiewicz: Skąd taka obawa?

Majewska: Kiedy projekt raczkował i brzydko mówiąc dopiero się z nim „macałam”, znajomy pracujący w kulturze zauważył, że mój pomysł jest świetny, ale nie powinnam go przenosić do instytucji. W prawdziwych galeriach są kawiarnie, ludzie się rozchodzą, w domu jest inny klimat – śpi się tam, gotuje, pierze. Obawa zaczęła się od tego, że podczas pierwszych spotkań organizowałam od gości dobrowolną zrzutkę na podstawowe koszta – bo to mnie oczywiście kosztowało, płaciłam rachunki, a nie chciałam obciążać moich współlokatorek. Jedna z nich w pewnym momencie zauważyła, że z tych zrzutek można zrobić mały biznes, co było dla mnie dziwnym pomysłem. Ale dziś Galeria nie jest już w moim mieszkaniu, znalazłam lokal, finansowo wspiera mnie miasto, dostaję pytania o możliwość organizacji wystaw u mnie, artyści oczekują umów…

Kazimierczak: Jak godzisz tę sytuację z pomysłem, który początkowo Ci przyświecał?

Majewska: Galeria jest w centrum miasta, więc każdy ma do niej dostęp. Samej nie było mnie stać na wynajem, więc umówiłam się ze znajomymi streetartowcami, którzy sami prowadzą Brain Damage Gallery i promują streetart, że wynajmiemy przestrzeń razem i będziemy ją współdzielić. Miejsce jest otwarte dla wszystkich, ale zależy mi, żeby przychodzili tam ludzie, którzy są ciekawi kontaktu ze sztuką, a nie tylko chcący się nachlać na wernisażu, co w tym środowisku jest częste. Zresztą po wernisażu proponuję wszystkim wyjście na miasto, żeby porozmawiać.

Kazimierczak: Chcesz tworzyć miejsce ekskluzywne?

Majewska: To nie to słowo. Prowadzę zwykły lokal w starym pałacu, każdy może tam przyjść. Szczęśliwie mam już prąd, wcześniej musiałam ciągnąć od sąsiadów. Na pewno chciałabym, żeby to było miejsce w jakiś sposób alternatywne. Wernisaże u mnie są jednorazowe, czasem ktoś zadzwoni, że chciałby wejść, wtedy otwieram Galerię specjalnie dla tej osoby. Boję się wchodzić w to tak na poważnie, nie chciałabym, żeby zrobiła się z tego galeria komercyjna.

Drozdowski: O tym w gruncie rzeczy jest Twój pierwszy tekst dla Portalu – o galeryjnej produkcji, gdzie nikt nie zwraca uwagi na wystawę, każdy tylko czeka na bankiet. Może to jest główna różnica między galerią komercyjną a offową?

Majewska: Wydaje mi się też, że mało która galeria otwiera drogę młodym artystom. U siebie pełnię raczej rolę gospodarza niż kuratora czy krytyka, choć mam w planach również projekt krytyczny. Jeśli ktoś się do mnie zgłasza i zależy mu na wystawie, zwykle się zgadzam, zbyt wiele nie selekcjonuję, tworzę otwartą przestrzeń.

Zapowiedź letniego cyklu spotkań, organizowanych przez Galerię Jednego Obrazu

Kazimierczak: Miron, jak na polu muzyki, nazwijmy to, eksperymentalnej, w grupach takich, jak HOW HOW czy Daktari, realizujesz swoje myślenie o tej formie sztuki?

Grzegorkiewicz: Nie miałem nigdy okazji mówić o mojej pracy muzycznej publicznie, nie myślałem, że to potrzebne. Okazuje się, że czasem jest, dziękuję więc za zaproszenie. Moją pasją jest nie tyle muzyka, co dźwięk. Mnie również zależy, żeby to, co tworzę, sfera audialna, w której się poruszam, nie miała wymiaru komercyjnego. Ale – może na szczęście – w Polsce z muzyki, a już zwłaszcza z tej eksperymentalnej, trudno się utrzymać. Obrałem drogę muzycznego amatora. Zawodowo pogłębiam wiedzę z zakresu projektowania relacji między ludźmi a maszynami. Dokładnie chodzi o modną obecnie dziedzinę nazywaną UX (ang. User Experience). Jest to część obszaru wiedzy i metodyk wynikających z zagadnienia HCI (ang. Human Computer Interaction); to dziedzina interdyscyplinarna, w której się śledzi i analizuje życie człowieka w kontekście użycia maszyn (takich jak komputery, telefony, smartwatche, inteligentne domy etc.), ich wpływ na przepływ informacji, pracę naszego mózgu, relacje międzyludzkie. Wnioski z tych obserwacji mogą być zdumiewające, zwłaszcza w kontekście ostatnich 50 lat.

Wiedza, którą dzięki temu zyskuję, rzutuje na moją muzykę. Zaczyna się teoretycznie, na poziomie idei, tworzy, znajduje się pewne znaczenia i powiązania pomiędzy nimi, określa się kierunek, w którym chce się zmierzać, a później konfrontuje się tę ideę z rzeczywistością, wrzucając ją w konteksty, testując, wyginając na wszystkie możliwe strony. Taka metoda daje wiele ciekawych perspektyw posługiwania się informacją – w rozumieniu narzędzia. Zauważcie, że wszyscy nieustannie przekazujemy sobie informacje i komunikaty, dzieje się to non stop, zarówno na poziomie werbalnym jak i niewerbalnym. Podobnie można potraktować muzykę. Dźwięki dają się organizować tymi samymi zasadami, co informacja.

Inną warstwą myślenia o muzyce jest jej narracyjny charakter. Użyję przykładu; Pierwszy utwór, jaki pamiętam, to Bolero Ravela. Kiedy byłem mały, robiłem do niego improwizowane inscenizacje teatralne – dla rodziców i ich znajomych. To była pewna baza, który budowała mi historie, rodzące się jedna po drugiej. To była świetna, ciągle ewoluująca zabawa. Kilka lat później przeniosłem opowiadanie historii na instrument. Mimo że pianino było pierwsze, dopiero gitara elektryczna stała się dla mnie tym właściwym narzędziem – do dziś jest moim głównym instrumentem.

off

Koncert zespołu HOW HOW na OFF Festivalu

Kazimierczak: Gitara, której zwykle używasz w sposób dość niestandardowy…

Grzegorkiewicz: Tak, aczkolwiek to, co robię, nie jest niczym nowym. Można doszukać się wielu źródeł udowadniających, że w muzyce eksperymentalnej nie dzieje się już tak wiele odkrywczych rzeczy jak kiedyś. Weźmy pod uwagę poszukiwania awangardy sprzed siedemdziesięciu lat, kiedy pojawiły się możliwości rejestracji i przetwarzania dowolnego dźwięku, choćby z codziennego otoczenia. To radykalnie zmieniło myślenie o strefie audialnej – myślę choćby o doświadczeniach muzyki konkretnej – bądź preparowaniu instrumentów, co robił np. John Cage.

Mówiąc o tej niestandardowości – dlaczego wykorzystuję gitarę w inny sposób? Dlaczego gitara musi brzmieć jak gitara? Przecież wszystko dźwięczy. Na gitarze zwykle gra się po to, żeby uzyskać jakąś melodię, harmonię, lub jakąś moc. W pewnym momencie poczułem, że sama barwa dźwięku, jego brzmienie, faktura i charakter są dla ciekawsze niż organizowanie dźwięków w tradycyjnym porządku, niż harmoniczna narracja. Poruszam się w tym obszarze, chociaż kocham melodie i to, jakie emocje one wywołują.

Kazimierczak: Czym wobec tego jest HOW HOW?

Grzegorkiewicz: Jest zespołem – nazywam go zespołem, nie projektem muzycznym, bo ważne jest dla mnie bycie razem i wspólne, długofalowe poszukiwanie, bez tymczasowości i wcześniej wypracowanych założeń – w którym opowiadamy historie dźwiękiem. Jest doświadczeniem audialnym, w którym tlą się różne, nie zawsze oczywiste wątki, niemal jak w literaturze, w którym narrację budujemy poprzez improwizację emocjonalną. HOW HOW to konfrontacja z naszą wewnętrzną osobliwością.

Fragment koncertu zespołu HOW HOW z gościnnym udziałem Maćka Cieślaka

Kazimierczak: Pytanie do wszystkich. Mimo że różnią Was gatunki, łączy Was, z różnych powodów, pewna niszowość. Świadomie kierujecie swoje działania do ograniczonej liczby odbiorców. Co się traci, a co zyskuje taką postawą?

Grzegorkiewicz: Myślę, że niszowość jest czymś w rodzaju poszukiwania skarbu. W przestrzeni, która jest słabiej spenetrowana, jest mniej ludzi, mniej splendoru, ale jest więcej czegoś, co potencjalnie można jeszcze odkryć – dla siebie i innych.

Sadowska: W Teatrze Realistycznym nie kierujemy naszych spektakli do żadnej konkretnej grupy, różni ludzie się trafiają. Sale, w których gramy są często pełne, choć rzeczywiście nie odwiedzają nas tłumy. Myślę, że ludzie, którzy do nas przychodzą, nie chcą czuć się tłumem na sali.

Majewska: Nie sądzę, żebym coś traciła. Mam normalną pracę, dzięki której żyję, poza tym działając na gruncie plastyki, prowadząc galerię, robię to, co kocham.

Drozdowski: Z tego, co mówicie, wynika, że Wasza działalność jest podbudowana wewnętrzną potrzebą. Mainstream w jakiejś mierze stara się zagarnąć przestrzeń niszy, promować mainstreamowe produkty jako rzekomo niezależne. Jak sobie z tym radzić? Jak funkcjonować, nie przeciw temu, ale obok?

Sadowska: W Teatrze Realistycznym chcemy działać długofalowo, wobec czego potrzebujemy finansowego wsparcia. Mam wrażenie, że władze nie rozumieją naszego języka, choć oczywiście staramy się wypracować porozumienie. Ostatnio usłyszałam sugestię, że raz na jakiś czas, obok naszej codziennej działalności, powinnyśmy zrobić coś dla szerszego odbiorcy, krótko mówiąc: chałturę. Nie ma we mnie zgody na podobne propozycje, nie wyobrażam sobie, żebyśmy miały współorganizować koncert disco polo, czy zapraszać do siebie np. Teatr Sabat, żeby naściągać dużą publiczność, nie daj Boże zapłacić im za to i suszyć zęby do mediów, które i tak potem przekręcą nasze nazwiska.

Kazimierczak: Jednocześnie, co chyba wyjątkowo jaskrawo widać na polu muzyki, istnieje wiele kompromisów. Zespoły niezależne promują się w tych samych mediach społecznościowych, biorą udział w konkursach organizowanych przez duże firmy, czy szukają promocji w mainstreamowych mediach.

Michał Góra (z publiczności): Czegoś tu nie rozumiem. Dlaczego musimy sobie budować takie banalne opozycje jak teatr niezależny kontra disco polo? Dlaczego muzyk niezależny miałby nie korzystać z tych samych mediów, co inni? To na czym w końcu polega ta niezależność?

Grzegorkiewicz: Niezależność to coś, co mamy w głowach. W praktyce rozumiem to tak: realizuję obrany przez siebie kierunek, od początku do końca, w pełnej zgodzie ze swoimi wartościami – od koncepcji do realizacji.

Góra: Dziewczyny ze Skierniewic robią teatr, który z założenia działa lokalnie. Jeżeli uderzą szeroko w mediach społecznościowych, będzie miało to może wpływ na liczbę ich odbiorców, ale nie sprawi, że zaczniemy je przez to postrzegać jak Teatr Sabat.

Kazimierczak: Ale już na przykład Gosia przed chwilą opowiadała o tym, że boi się zbytniego zainteresowania mediów czy sponsorów swoją galerią. Pojawienie się kwestii finansowych, czy medialnych może wypaczyć jej pierwotny pomysł na to miejsce, które u początków miało niemal domowy charakter.

Majewska: Lublin jest miastem, w którym istnieją podobne inicjatywy do moich. Miejskie pieniądze rozdawane są głównie dużym instytucjom. Ale też kiedy ktoś u mnie wystawia, czuję się zobowiązana, żeby zwrócić mu koszta podróży do Lublina, promować jego pracę, załatwić nocleg. Nie zabiegam szczególnie o promocję w mediach – w radiach, telewizji, czasem dziennikarze przychodzą do mnie. Zgadzam się z Mironem, że niezależność jest w głowie, dotyczy naszego myślenia, a tak naprawdę zawsze jesteśmy od czegoś zależni.

premiera_portalu_DK_na_tle_sztuki_2015_6_2

Premiera Portalu DK, fot. natlesztuki.pl. Od lewej: Miron Grzegorkiewicz, Małgorzata Majewska, Anna Sadowska, Szymon Kazimierczak.

Kazimierczak: A czy potrzebujecie, żeby Waszym działaniom towarzyszyła jakaś forma komentarza, czy krytyki z zewnątrz?

Sadowska: Nie uważam, żeby tylko krytycy mieli prawo do uprawiania krytyki, potencjalnie każdy odbiorca ma prawo wejść w buty krytyka. Krytyka jest sprawą relacyjności. W dzisiejszych czasach potrzebny nam jest feedback, bo często dla ludzi sztuką nie jest to, co jest sztuką, ale sztuką jest to, co jest PR-em. Wartością jest, że istniejesz w świadomości, nawet ludzi, którzy jeszcze nie byli na twoim wydarzeniu.

Artystom niszowym potrzebny jest pewien nurt mówienia o tego rodzaju działalności, formułowania odpowiedzi na pytania: dlaczego to się robi, jakimi środkami. To jest fajne, jeżeli z niezależnych wydarzeń pojawiają się rzetelne recenzje, czy relacje, które nie są kopią presspacków, wysyłanych mediom przez zespoły. Pewnie, że chcemy, żeby pozostał jakiś ślad po naszej działalności, choćby nawet w postaci negatywnej recenzji.

Grzegorkiewicz: Wszyscy czy prawie wszyscy, którzy coś tworzą, chcą wiedzieć, jaki jest tego odbiór. Mam wrażenie, że krytyka sztuki rzadko wychodzi poza powierzchniową interpretację dzieła. Wynika to z różnych rzeczy, a być może głównie z tego, że wszyscy mamy mniej czasu i uwagi. Są zjadane przez gromadzące się dokoła rzeczy i czynności – wytworzone obowiązki społecznościowo-technologiczne, które jeszcze kilkanaście lat temu nie istniały. Ten stan rzeczy wpływa też na samą sztukę.

Tomek Nowakowski (z publiczności): A mnie interesuje, jak kwestię krytyki widzą redaktorzy Portalu.

Kazimierczak: Nie mam jednej odpowiedzi. Jeżeli chodzi o teatr niezależny – to jest coś, nad czym zastanawiamy się wspólnie przy okazji powstawania kwartalnika „IDEO-GRAM”, który będzie monograficznie wspierał opisem i refleksją te grupy, które często działają niespektakularnie, na prowincji, z lokalnymi społecznościami, zaś ich spektakle żyją od festiwalu do festiwalu. Te grupy, istniejące często wiele lat, są niewyczerpująco i bardzo okazjonalnie opisywane przez branżowe media, co nie jest niczyją winą – zwyczajnie nie mają swojego ekskluzywnego miejsca. A czuję, że jest potrzeba pogłębionej interpretacji, opisu, który będzie trwałym, opublikowanym dokumentem, takim monograficznym pakietem wiedzy na dany temat, czy jakiejś towarzyszącej, ale nie bezkrytycznej, refleksji na temat ich dzieł i działań. Ciężko wobec takiej różnorodności zjawisk i zadań znaleźć jeden, uniwersalny język opisu, być może najlepiej do tego typu działań przylegałby reportaż, bo jego cechą jest czynne uczestnictwo autora.

Drozdowski: Również w kontekście „IDEO-GRAMU”, ale i Portalu DLA KONTRASTU: wierzę w krytykę, która nie mówi ex cathedra. Taką, która stara się jak najbardziej zbliżyć do tej granicy doświadczenia twórczego, które generuje artysta. I krytykę taką, która rozumie kontekst. Dlatego, że dzieło, chyba że to dzieło Teatru Sabat, nie funkcjonuje jako byt skończony, ale jest kształtowane przez konkretne konteksty: środowisko lokalne, historię, relacje międzyludzkie. Krytyk oczywiście nie będzie zawsze wiedział wszystkich tych rzeczy, ale myślę, że jego rolą jest próba zrozumienia i znalezienia perspektywy szerszej, niż tylko mówienie o produkcie.

Kazimierczak: A czy sieciowanie jest jakimś sposobem na istnienie niezależnych grup?

Sadowska: To, o czym mówimy, wprost proporcjonalnie łączy się z sieciowaniem. Mam podobnie jak Gosia: też unikam chodzenia grupą, zawsze wolę wysuwać się na przód, albo wlokę się z tyłu. Ale w jakiś sposób uspokaja mnie, kiedy widzę, że zespoły podobne do naszego borykają się z podobnymi problemami, ale też mają swój pomysł na robienie kultury i zarażanie nią innych. Takie zarażenie wydarza się nie na popremierowym bankiecie, ale w małej sali, podczas doświadczenia audialnego, bądź kiedy dostaje się mąką w oczy, jak wielu widzów w naszym ostatnim spektaklu Manifest. Sieciowanie jest jeszcze enigmatyczną ideą, wciąż robimy to nieudolnie. Bo ma się ono nawiązywać między niezależnymi twórcami, którzy walczą o tą swoją niezależność i nagle mają się konsolidować i tworzyć… konglomerat niezależności.

Kazimierczak: Ale po co to w ogóle robić?

Sadowska: Robi się to po to, żeby się spotkać. Mamy u siebie festiwal, który nazywa się „SpotkajMY się w Skierniewicach”, na który przyjeżdża młodzież ze świetną, warsztatową energią. Pracujemy, prezentujemy efekty warsztatów, na koniec imprezujemy i to jest dopiero początek sieciowania. Bo oni zabiorą to doświadczenie do swoich miejscowości, może kiedyś spotkamy się jeszcze w pracy, może oddadzą ją komuś innemu.

Grzegorkiewicz: Pytanie, czy sieciujemy się na poziomie idei, czy biznesu. Sieciują się ludzie, którzy są do siebie podobni, którzy mogą się czymś wymienić między sobą. Jeśli za wymianą stoi szczerość, to mamy piękny mechanizm, działający w tle między ludźmi. Tym stoi kultura.

Teledysk do promującego Portal DK utworu List otwarty z udziałem Ani Sadowskiej z Teatru Realistycznego