Laura Marling: na odległość ręki // Smętne dziewczę z gitarą #1

Już w 2008 roku (miała 18 lat, pisała przynajmniej od 2006) ktoś skomentował w Internecie, że jej twórczość to „ładne piosenki o chłopcach”. Chociaż zaprzeczała i broniła się przed tym, była to prawda.

marlingport

Laura Marling, zdjęcie (chyba) dla „The Guardian”

Marling pisała bowiem dosyć skoczne, wpadające w ucho, trochę zbyt intymne utwory, a niemal każdy z nich traktował o relacji damsko-męskiej. Jednocześnie nigdy nie dało się o niej powiedzieć, że tworzy piosenki „miłosne”, bo większość mówiła o rozstaniu, rozczarowaniu i nieufności. Sama mówi tylko, że jako nastolatka była podziurawiona kompleksami i podobali jej się chłopcy – to wszystko, co pamięta z okresu, w którym zaczynała karierę muzyczną (po latach dziwiła się, jak te piosenki trafiły do Internetu, i apelowała do fanów, żeby ich nie słuchali).

To prawda, że Laura Marling od tego czasu przebyła długą drogę. Jej ojciec (z tytułem szlacheckim i amatorskim studiem nagraniowym) uczył ją grać na gitarze od najwcześniejszego dzieciństwa. Jako szesnastolatka rzuciła szkołę i wyprowadziła się do Londynu, by zamieszkać z początkującymi muzykami i grać koncerty po pubach. W tym czasie zawojowała MySpace, co zaowocowało bardzo wczesnym kontraktem z Virgin Records – wytwórnie szukały „nowej Lilly Allen”. Jednocześnie współpracowała z Noah And The Whale (była związana z liderem zespołu Charliem Finkiem), Mystery Jets, Johnnym Flynnem, grała jako support dla Jamiego T. W zespole, który nagrywał jej pierwszą płytę, było dwóch członków Mumford & Sons, w tym sam Marcus, z którym się związała po rozstaniu z Finkiem. Była jedną z czołowych postaci tzw. nu-folku, choć sama nie znosiła tego określenia i nawet identyfikacja z folkiem sprawiała jej trudność. W końcu jej związki z „West London folk scene” rozluźniły się, a sama Laura przeniosła się do Los Angeles. Tam przeżyła (chyba kolejny) kryzys egzystencjalny, a po ponad dwóch latach wróciła do Londynu.

Przez ten okres zdążyła nagrać pięć płyt (ostatnią wydała w marcu tego roku, a ma dopiero 25 lat!), z których każda przyjmowana była przez krytyków życzliwie i zdobywała nominacje lub nagrody (statuetkę za Brit Award Laura natychmiast przekazała rodzicom, bo sama nie wiedziała, co mogłaby z nią zrobić). Każda jest też wyraźnie różna od poprzedniej.

Woda

Pierwszy album wyszedł w 2008 roku, tuż po tym, jak Marling osiągnęła pełnoletniość. Krytyków przede wszystkim zdumiała dojrzałość tekstów i kompozycji, ochrzcili więc Laurę spadkobierczynią Joni Mitchell, do której wpływu ona zresztą chętnie się przyznaje. Alas I Cannot Swim otrzymała nominację do Mercury Awards.

Artystka wyznała, że w pierwszych demach chciała pozbyć się piosenek, których nie lubiła. Te, które zostały, zasłużyły na dopieszczenie aranżacyjne, musiały też spełniać kryteria spójności, żeby mogły stać się częścią albumu. Jednym z motywów, który wije się przez całą płytę, jest woda – czy to deszcz na początku, w Old Stone, jezioro, w którym chce się utopić bohater My Manic And I, morze (Crawled Out Of The Sea), czy rzeka na ukrytej piosence tytułowej, oddzielająca piosenkarkę od wszystkiego, o czym powinna marzyć – ale wcale nie ma ochoty (woda będzie się zresztą pojawiała wielokrotnie także w późniejszej twórczości, zazwyczaj jako żywioł groźny i niepoznany, a jednocześnie życiodajny). Piosenki pełne są duchów, szaleństwa, kości – gotycka atmosfera to wpływ między innymi Jane Eyre, ukochanej powieści Laury. Jednocześnie melodie i aranżacje są młodzieńcze, pełne energii i nagłych zwrotów nastroju. Każdy kolejny utwór wprowadza nowe tempo, a instrumentarium, oprócz oczywistej i pierwszoplanowej gitary Marling, obejmuje akordeon, skrzypce, pianino, banjo…

Laura Marling, My Manic And I

I think it’s best you keep your distance / lest I fall in love”; “I’m sorry young man I cannot be your friend, / I don’t believe in a fairytale end”; “I need shine, / step away from my light, I need shine” – relacje jawią się tu jako zagrożenie dla tożsamości, odrębności; każda bliskość rani, każde zaangażowanie w drugiego człowieka utrudnia poznanie samego siebie, bycie w szczerości ze sobą. Dotyczy to zarówno związków z mężczyznami (w Your Only Doll), jak i np. rodziców – piosenka Tap At My Window powstała z inspiracji wersem z Philipa Larkina: „They fuck you up, your mum and dad”. A prawda i szczerość wobec samego siebie to wartości, na punkcie których nastoletnia Laura Marling ma obsesję: zmywa z siebie makijaż przed każdym występem na scenie albo przed kamerą, przerażona oczekiwaniami, które wiążą się z byciem artystą, wścibstwem reporterów, wdzierających się w jej intymność po rozstaniu z Finkiem czy w czasie związku z Mumfordem, wymaganiami publiczności, która wdziera się w intymność może jeszcze silniej, kiedy słucha jej każdego słowa na koncertach. W ostatniej, niewymienionej na okładce piosence, Alas I Cannot Swim, Laura wyrzuca z siebie: „There’s a life across the river, / but I do not see / why I should please those / who will never be pleased”.

Słowo

Także piosenki Laura wyrzucała z siebie w niesamowitym tempie, „wyrywając je sobie z brzucha”; podobno materiał na drugą płytę był napisany już niemal w momencie wydania pierwszej. Zanim jednak ukazała się I Speak Because I Can, minęły dwa lata, a przez ten czas koncepcja albumu zdążyła dojrzeć. Po rozstaniu z Charliem Finkiem, producentem Alas I Cannot Swim (które stało się tematem drugiej płyty Noah And The Whale), ich drogi rozeszły się także zawodowo, a miejsce Laury w chórkach zespołu zajęła Emmy The Great (o której – być może – w kolejnej odsłonie cyklu). Zbliżyła się z kolei do Mumford & Sons i razem z nimi współpracowała z indyjskim zespołem Dharohar Project; grała z Johnnym Flynnem, nagrywając między innymi Water.

marling

Niektórzy podejrzewają, że postać widoczna na okładce pierwszej płyty Flynna to Marling, wskazując, że A Larum to anagram dla „Laura M.”. Czerwony szalik może nawiązywać do piosenki Goodbye England (Covered In Snow).

Był to czas najdynamiczniejszego rozwoju „West London folk scene”, jak zwykło się nazywać grupę entuzjastów folku skupioną głównie wokół Bosun’s Locker, (zamkniętego już) pubu w Fulham. Niewiele ich łączy poza upodobaniem do nieoczywistych, silnie lirycznych tekstów i akustycznych instrumentów – uznaje się ich jednak za twórców „odrodzenia folkowego” albo „nu-folku” (Laura Marling i Emmy The Great są też czasem wrzucane do worka z napisem „anti-folk”). Z całego tego ruchu bezsprzecznie największą karierę zrobili Marcus Mumford i jego koledzy, którzy zdołali sprzedać kilka milionów płyt w USA, trafić na drugie, a potem pierwsze miejsce listy „Billboard 200”, zagrać z samym Bobem Dylanem oraz zgarnąć parę nagród Grammy. Johnny Flynn wydał trzy (świetne) płyty, a w przerwach od grania z powodzeniem pojawia się na scenie i przed kamerą. Noah And The Whale nie odnieśli spektakularnych sukcesów, ale zgromadzili wokół siebie grupę oddanych fanów, zanim rozstali się kilka miesięcy temu. Jednocześnie wszyscy muzycy znali się, współpracowali, grali u siebie nawzajem na płytach czy koncertach, tworzyli własne wersje piosenek kolegów.

Na I Speak Because I Can widać to dobrze: w zespole znaleźli się Marcus Mumford, Ted Dwane i Winston Marshall, czyli trzy czwarte Mumford & Sons, oraz szkolny kolega tego ostatniego Tom Hobden, skrzypek NATW, który występował później także z Mumfordami. Prócz nich Laura po raz pierwszy pracowała z dwojgiem artystów, którzy zostaną z nią na dłużej: Ethanem Johnsem, producentem (wcześniej m.in. Kings of Leon i Rufusa Wainwrighta), i Ruth de Tuberville, wiolonczelistką.

To chyba właśnie wiolonczela i kontrabas są odpowiedzialne za to, że aranżacje na drugiej płycie wydają się znacznie głębsze; ich brzmienie stanowi podstawę, na której uplecione są delikatne i finezyjne konstrukcje skrzypiec, gitary i pianina. Cały album jest znacznie spokojniejszy i poważniejszy niż pierwszy, choć w kilku miejscach pokazuje podobną energię. Jest też bardziej spójny melodycznie – niektóre utwory są do siebie podobne, zlewałyby się w całość, gdyby nie poszczególne wyróżniające się punkty, jak „Goodbye England (Covered in Snow)”, moja ulubiona piosenka z całej twórczości Laury, czy „Darkness Descends”, która mogłaby być uznana za wesołą, ale jednocześnie pozostawia wrażenie ironii, potęgującej melancholijny efekt końcowej piosenki tytułowej.

Laura Marling, Goodbye England (Covered In Snow)

Jak stwierdza sama Marling, płyta mówi o kobiecości: o tym, kim jest kobieta, jakie jest jej miejsce w społeczeństwie, o odrębności i odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże. Wszystkie piosenki napisane są w pierwszej osobie, jak zwykle u tej artystki; jednak każda ma inny podmiot liryczny, opisuje inną sytuację. Wiele z nich podejmuje temat komunikacji, czyli mówienia i słuchania, a także nie-mówienia i nie-słuchania; często pojawia się również światło i ciemność, widzenie i nie-widzenie, poznanie i niezrozumienie. List za dobry, żeby go wysłać (Goodbye England); mężczyzna, który przez siedemnaście lat nie wypowiedział ani słowa (Hope In The Air); wreszcie ostatnia piosenka, na podstawie mitu o Penelopie, z wersem „I speak because I can / to anyone I trust enough to listen”, który sama Laura wymieniła jako najpełniej oddający myśl całej płyty i najbardziej osobisty. Tak chyba wyglądało jej funkcjonowanie w społeczeństwie; mówiła później w wywiadach, że nie było jej łatwo przebywać z ludźmi, dawać choćby swoją obecność, że pociągała ją idea mówienia tylko wtedy, kiedy to konieczne. Również na koncertach czuła się bardzo niezręcznie, rozmawiając z publicznością – na nagraniach słychać, jak rzuca krótkie zdania, niezbyt wyraźne, w przerwach pomiędzy strojeniem gitary a podegraniem jakiegoś motywu.

Bestia

Marling nie zwalniała tempa. Kolejny album, A Creature I Don’t Know, ukazał się już w następnym roku. Podczas gdy poprzednie były tworzone pod silnym wpływem innych osób – czy to producenta, czy muzyków – ten miał być w większej mierze jej własnym dziełem: długo zastanawiała się, nagrała wstępnie wszystkie piosenki i opracowała wokalizacje, zanim przedstawiła materiał zespołowi. Dlatego muzycznie płyta różni się wyraźnie od poprzednich; jedna z recenzji stwierdziła, że sprawia ogólne wrażenie „wzrostu” czy też rozwoju. Jednocześnie nie mogę się oprzeć myśli, że Laura chciała zrealizować zbyt wiele pomysłów melodycznych i aranżacyjnych, przez które cierpi spójność artystyczna. Krytyka jednak przyjęła wydawnictwo entuzjastycznie albo przynajmniej bardzo dobrze.

Wśród głównych motywów pojawiają się „miłość, gniew, żądza, rodzina, diabły, anioły, oddanie, zdrada i role grane przez kobiety”, jak podsumował New York Times. Jednak wydaje się, że płyta ma trzy główne bohaterki. Jedną z nich jest bestia, która żeruje na drugim człowieku – nasyca swoje pragnienie kontroli i posiadania innej osoby: „Don’t you be scared of me, / I’m nothing but the beast / and I’ll call on you when I need to feast”. Dominuje w pierwszej części albumu, a kulminacją tego wątku jest piosenka The Beast, w której bohaterka ją rozpoznaje i akceptuje, oddaje się jej: „And look out for the beast, / tonight he lies with me”. Wcześniej w tym samym tekście pojawia się po raz pierwszy druga bohaterka – Sofia, bogini mądrości, która umie żyć samodzielnie, nie jest posiadana przez nikogo, nie daje się przymusić, choć jest nieraz raniona. Artystka oczywiście odnajduje w sobie obydwie te postaci, które toczą walkę.

Laura Marling, Sophia

Trzecią bohaterką, według samej Marling, jest gitara elektryczna – która po raz pierwszy znalazła się w instrumentarium. Jej najważniejszy występ to także The Beast – jest w nim agresja, gniew, które nigdy wcześniej nie zostały tak wyraźnie wyartykułowane. Jednocześnie wrażenie ironii, dystansu, które pochodzi z końcowych piosenek (ostatnia, All My Rage, została napisana jako żart i dopiero w studiu zaakceptowana) moim zdaniem przeważa nad całym albumem. Laura zresztą tak właśnie opisuje swoje podejście do rzeczywistości: kluczowy jest dystans, wszystko (i wszystkich) dopuszcza do siebie tylko „na odległość ręki”.

Władca

Once I Was An Eagle, wydany po kolejnej niewiele ponad półtorarocznej przerwie, to najpoważniejszy i najdojrzalszy album w dorobku Laury Marling. Nagrany z minimalnym zespołem – oprócz niej, Ethana Johnsa i Ruth de Tuberville pojawia się tylko bas Rexa Horana – mimo wszystko sprawia wrażenie ogromnego, po części zapewne z powodu długości (trwa ponad godzinę i jest zdecydowanie najdłuższy z dotychczasowych),ale też mnóstwa tematów, muzycznych i literackich, które przewijają się w niezwykle skomplikowanej, poplątanej strukturze przez całą płytę. Już otwierająca suita, złożona z czterech piosenek, przytłacza, ale i wciąga. Cała pierwsza połowa płyty, aż do Devil’s Resting Place, jest raczej mroczna; piosenki przechodzą niemal niezauważalnie jedna w drugą, zmieniając jednocześnie stopniowo nastroje: od ironii, przez gniew, do smutku. Po interludium następuje druga część, która wydaje się znacznie bardziej optymistyczna – kończy się może radośniej niż wszystkie poprzednie albumy.

When Brave Bird Saved – jeden wspólny teledysk do pierwszych czterech piosenek Once I Was An Eagle, którego tytuł pochodzi od czterech ostatnich utworów z płyty (sic!)

Wśród często powtarzających się wątków znów pojawiają się diabły; w kilku piosenkach kilka razy powraca niewinna Rosie; są ptaki – gołąb i orzeł, jest polowanie. Wreszcie metafora władcy – „master”, jak w piosence Master Hunter. Ten „władca” to strona w relacji, która korzysta: „Take me somewhere I can grow, / give me something, let me go, / tell me something I don’t know” – ale nie dopuszcza do siebie niczego, co może zranić albo choćby zaangażować („I cured my skin, / now nothing gets in”). Jednocześnie, niejako przy okazji, autorka odwraca zwyczajowe przyporządkowanie płciowe: to kobieta jest myśliwym, to mężczyzna jest bezbronny i delikatny, wymaga pomocy („You want a woman cause you wanna be saved”). Wymowa zostaje jeszcze wzmocniona przez cytat z piosenki It Ain’t Me Babe, w której Bob Dylan mówił: „You say you’re looking for someone / never weak but always strong, / to protect you and defend you”. Tym razem to kobieta śpiewa: „It ain’t me, babe, / no, no, no”. Podobne odwrócenie nastąpiło wcześniej w I Was An Eagle, gdzie gołębicą był partner, a piosenkarka polującym orłem.

Ale w drugiej części relacje i miłości przestają być jedynie ciężarem, zniewalającym systemem wzajemnych wymagań i odpowiedzialności. Klamrą tej połowy albumu staje się naiwność – bohaterka chce się jej nauczyć (w inspirowanej mitologią Undine), a w ostatniej piosence dziękuje jej za to, że się na niej zawiodła („Thank you naivety for failing me again”). Kilka ostatnich utworów sprawia wrażenie „gorzkiego optymizmu”. Widać w nich, że to właśnie dzięki tej naiwności narratorka chce spróbować na nowo: „Hey there new friend across the sea, / if you figure things out would you figure in me”. Co więcej, jest z tego zadowolona, a kolejna relacja znów ją zmienia („Here comes a change over me, / something strange takes over me, / I am brave and love is sweet”), ale tym razem to jest zmiana, którą sama może zaakceptować i identyfikować się z nią („You weren’t my curse […] He was my next verse”).

Laura przyznawała potem, że nieważne, jak często śpiewała o rozczarowaniach, rozpadach związków i samotności, i tak traciła głowę, kiedy tylko się zakochała. Możliwe, że ten „przyjaciel zza morza” z When Were You Happy? (And How Long Has That Been) był powodem, dla którego przeniosła się do Los Angeles, chociaż potem podsumowywała związek z nim: „Mieliśmy wspólny samochód i rozstaliśmy się”.

Koń

Przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych w 2012 roku, jeszcze przed wydaniem Once I Was An Eagle. Cieszyła się z początku, że może utonąć w wielomilionowej masie, w której nikt jej nie znał. Mogła stać się kim tylko chciała, odpocząć od zobowiązań wobec bliskich, zrobić przerwę w ciągłym koncertowaniu. Nie wytrzymała długo w bezczynności – bardzo szybko napisała zestaw piosenek na następną płytę, zebrała zespół i weszła do studia. Okazało się jednak, że piosenki nie miały „magii” – czuła, że byłaby to tylko marna kontynuacja poprzedniego albumu. Całość została odrzucona.

To doświadczenie uderzyło ją i ocuciło. Laura Marling postanowiła przez jakiś czas odpocząć od muzyki. Snuła się po mieście, nie pisała, nie nagrywała, czytała tylko Jodorowsky’ego i chodziła na imprezy, których nie lubiła, żeby mieć kontakt z kimkolwiek. Próbowała zapisać się na kurs poezji – nie została przyjęta. Uświadomiło jej to, jak przyzwyczaiła się do swojej twórczości, jak mało naprawdę się jej poświęcała. Pierwszy raz od wielu lat zaczęła ćwiczyć grę na gitarze. Wreszcie wrzuciła do samochodu dwa futerały i pojechała w trasę koncertową. Bez agenta, bez zespołu, sama aranżowała występy w podrzędnych barach, z dala od głównych tras, jeżdżąc po całej Kalifornii i okolicach.

Takie dotknięcie rzeczywistości (przez jakiś czas ta córka baroneta pracowała nawet jako kelnerka), po raz pierwszy w życiu, ale także – przede wszystkim – samotność, która w końcu zaczęła jej doskwierać, przyczyniły się do „kryzysu osobowości”. Laura, jak mówi, obudziła się któregoś dnia i poczuła się przeraźliwie mała w mieście, w którym mieszka dwanaście milionów osób, a ona zna około dziesiątki. Zrozumiała, że relacje między ludźmi wymagają tego, żeby być ze sobą, dawać czas – ona nigdy tego nie robiła. Cała osobowość, cała tożsamość artystki wymagały przepracowania od samego początku.

Laura Marling wystąpiła w krótkometrażówce Woman Driver, zdobywając nagrodę dla najlepszej aktorki na 72-Hour National Film Challenge

Podróże i odkrycia – te duchowe i te geograficzne – zaowocowały albumem, który jest swobodniejszy, bardziej rockowy i bardziej – cóż! – amerykański niż wszystkie poprzednie dzieła. Jak zwykle, pojawiają się porównania z Joni Mitchell. Napędzane przesterowaną gitarą piosenki płyną szybko, ale nie tracą przy tym lirycznego, trochę metafizycznego odcienia charakterystycznego dla twórczości Laury. Istotny kontrast stanowią fragmenty melorecytowane, czy właściwie nawet skandowane, jak Strange.

Teksty są znacznie silniej osadzone w konkrecie: szalona kobieta z piętra niżej (wymieniona nawet w podziękowaniach), nazwy ulic i miejsc, wyraźniej nakreślone sytuacje, jak odcięcie prądu w mieście w czasie huraganu, kontrastują z nieokreślonością i niejasną metaforyką wcześniejszych piosenek. Piosenkarka, znana z dystansu do mediów, więcej też opowiadała w wywiadach o okolicznościach powstawania albumu, o swojej sytuacji w Ameryce i o przygodach, które ją inspirowały.

Jedną z takich przygód było spotkanie z szamanem-flecistą, któremu zaczęła się zwierzać w jakimś barze, a on podsumował jej wątpliwości zdaniem, które stało się mottem albumu: „It’s a short fucking movie, man”. Nazajutrz wstała o świcie, by odnaleźć magiczne źródło i napić się z niego, jak jej polecił. Cała w ogóle płyta wypełniona jest duchowością, spirytualizmem, okultyzmem – zjawiskami, które zawsze były artystce jak najdalsze. W Kalifornii poddała się jednak wszechobecnej dziwności i odkrywała „tajemną historię” kraju.

Można powiedzieć, że „amerykańskość” wydawnictwa podkreślona jest przez odniesienie do piosenki zespołu America, A Horse With No Name. Już w pierwszym utworze pojawia się koń bez imienia, symbol opuszczenia, buntu i niezgody na wykorzystanie, który odmawia swojemu jeźdźcowi towarzyszenia w bitwie. W trzeciej od końca piosence, Howl, dziki koń powraca w innym znaczeniu – strachu, samotności, niezdolności do zaangażowania. Bohaterka prosi, by jej mężczyzna zatrzymał ją przy sobie: „Holding my chest like I’m a wild horse / about to run away scared”.

Tak więc Laura dopuściła wreszcie do siebie otaczający świat, straciła trochę dystansu. Przyznaje, że około połowa piosenek jest autobiograficzna. Kryzys osobisty zmusił ją do konfrontacji z samą sobą, ale też z otoczeniem. W gruncie rzeczy jednak nie zmieniła się i w pewnym momencie postawiła granicę – „Tylko dotąd, dalej nie; na odległość ręki”.

Jeszcze przed wydaniem albumu, pod koniec 2014 roku zdecydowała, że wraca do Londynu, by znowu „mieć fundament” – bliskich, rodzinę, znajomą przestrzeń i deszcz, którego jej brakowało. Zamieszkała znów w swoim domu we wschodnim Londynie. Dalszych planów nie zdradza. Pewnie sama ich nie zna.

————————

SDzG4Smętne – czyli całe spektrum emocji niepoddanych nadmiernej obróbce;

Dziewczę – albo więcej dziewcząt, jak również chłopcy, mężczyźni i kobiety;

Z gitarą – a także z ukulele, kontrabasem, pianinem i cymbałkami.