Nośność nośników

Niedawno na łamach Portalu ukazał się tekst o ekologii akustycznej – między innymi o tym, jak traktowanie muzyki jako płaskiej dźwiękowej tapety towarzyszącej codziennym działaniom, może nas na nią uniewrażliwić. Tymczasem, w dobie nośników cyfrowych i rozrywkowego multitaskingu, budzącego w nas paranoję bycia online przez cały czas, odtwarzanie muzy w dobrej jakości, na najdroższym sprzęcie i za pomocą Spotify Premium, może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistym jej słuchaniem.

kaseta-magnetofonowa-magnetofon-490

Nie, to nie będzie kolejny pretensjonalny tekst fetyszyzujący winyle i krzyczący o tym, jak to kiedyś było lepiej, a ludzie bardziej szanowali muzykę pochodzącą z tradycyjnych nośników. Raczej o tym, jak sposoby wydawania i słuchania muzyki wpływają na naszą jej percepcję.

Kształty

O winylach wiem niewiele – moja wczesna młodość i, co za tym idzie, wczesna edukacja muzyczna przypadły na lata dziewięćdziesiąte, czyli czasy, w których w Polsce wciąż najbardziej popularne były kasety magnetofonowe. Przede wszystkim pamiętam strach przed mechanicznym uszkodzeniem taśmy – mogła się porwać, wciągnąć w magnetofon, zamoczyć, a nawet zniekształcić w często słuchanym miejscu. Przeszkadzało też ograniczenie czasowe – nie wszystkie albumy, które przegrywałam od znajomych, mieściły się na moich własnych taśmach (najczęściej starych kasetach do nauki angielskiego) o długości zwykle 60 minut. Dlatego erę płyt CD i pierwszych cyfrowych zapisów muzyki przywitałam z radością. Nagle okazało się, że ulubiony kawałek można odtwarzać dowolną ilość razy z rzędu, jedynym ograniczeniem stało się zdrowie psychiczne odbiorcy. Jakość dźwięku była o wiele lepsza i bardziej odporna na uszkodzenia, niż w przypadku kaset.

Płyty stawały się jednak coraz droższe. Z pomocą mnie oraz innym spragnionym muzycznych przeżyć nastolatkom przyszedł Przyjaciel Internet. Pierwsza dekada XXI wieku: piractwo rozbestwiło się i rozpasało, za pomocą programów P2P przybliżało ludziom do tej pory odległe – czy to finansowo, czy z winy dystrybucji – światy. Z różnym skutkiem próbowali je powstrzymywać artyści tacy, jak Metallica czy Dr. Dre. Zaowocowało to jedynie usunięciem utworów objętych prawem autorskim z bazy Napstera. Jednak co raz pojawi się w Internecie, zostaje w nim na zawsze, słynny proces Napstera w te kilkanaście lat później wydaje się śmieszny.

Jako świadoma słuchaczka nie będę piractwa gloryfikować i bronić. Odsuwając na bok moralne i prawne kwestie naruszania praw autorskich, stwierdzam, że największym złem wyrządzonym przez nie (tak artystom jak i odbiorcom) jest fragmentaryzacja przekazu. Gdy okazało się, że mam dostęp do utworów dowolnego artysty niezależnie od miejsca czy czasu, w którym tworzy lub tworzył, że piosenka usłyszana w radiu może w parę chwil znaleźć się w mojej cyfrowej bibliotece, szybko przestało mi to wystarczać. Dlaczego? Bo w bazach programów P2P rzadko kiedy można było znaleźć pełne albumy! Wyniki wyszukiwania często sprowadzały się do pojedynczych empetrójek, największych hiciorów danego wykonawcy, czy źle podpisanych singli.

winylowabiblioteka

Znaczenia

Nagle zatęskniłam do seansów muzycznych z kaseciaka, do dziecięcego wyginania się w rytmie muzyki Queen czy Davida Bowiego. Do rytuałów, w których ciało spontanicznie reagowało na zmienność estetyk poszczególnych utworów. Emocje narastały, opadały, często przeczyły sobie, a jednak zawsze zawarte były w konkretnej, nieprzypadkowej przecież całości. Zaczęłam traktować płyty jak książki, w których poszczególne utwory są rozdziałami. Wydawało mi się, że osoba pobierająca bezrefleksyjnie empetrójki danego artysty i słuchająca ich bez dbania o chronologię ich wydawania, wiele traci. Ogromną satysfakcję sprawiało mi śledzenie emocji, porównywanie czy dany utwór pojedynczo oddziałuje tak samo jak w kontekście innych, sąsiadujących z nim na albumie.

Za przykład posłuży mi płyta, o której większość z nas słyszała – debiut legendarnego The Velvet Underground – The Velvet Underground & Nico. Mocne wejście osobowości Lou Reeda na rynek muzyczny, skontrastowane wrażliwością niemieckiej wokalistki. Blues i rock zmieszany z hippisowskim dream popem doskonale oddający klimat artystycznej bohemy lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Najpopularniejszy utwór na tej płycie to rzecz jasna hipnotyzujący Venus in furs:

Współczesny słuchacz dobrze zna szereg kulturowych skojarzeń związanych z tą płytą – okładkę zaprojektował Andy Warhol, a powyższy utwór to impresja na temat XIX-wiecznej dekadenckiej powieści Leopolda von Sacher-Masocha. Nie trzeba znać całej płyty, by wiedzieć, że jest ważna i żeby znać powszechną o niej opinię, że to płyta traktująca o perwersyjnym seksie i narkotykach. Owszem, te tematy na niej się pojawiają, a najbardziej frapujący utwór opowiada o masochistycznej relacji, w której dominuje kobieta. Jeśli jednak wsłuchamy się w utwór There she goes again, można dostrzec, że atmosfera została przełamana:

W niejednoznaczny sposób dowiadujemy się od męskiego narratora o poniżeniu i łzach, które tym razem przypadły w udziale kobiecej postaci. Wprawdzie nie jest ona pozbawiona pewnej siły, jednak słowa „You better hit her” sugerują, że nie jest to stan pożądany. Na płycie mamy jeszcze dwie piosenki mówiące raczej o miłości niż o seksie – Femme fatale i I’ll be your mirror śpiewane przez Nico. Wraz z dwiema opisanymi wcześniej daje to pewien zestaw odcieni relacji międzyludzkich, w których nie brak cierpienia i niezdrowych zależności. W dodatku potraktowanych z ironią i humorem. To oczywiście tylko jeden z wątków obecnych na płycie, jednak dzięki prześledzeniu go, można się przekonać, że Venus in furs jest bardziej wierzchołkiem góry lodowej, niż utworem przesądzającym o wymowie całej płyty.

Co ciekawe, albumy koncepcyjne, na których można doszukać się mniej lub bardziej uwidocznionej narracji, miałam dopiero poznać. Ich rozkwit, przypadający mniej więcej na lata siedemdziesiąte, jest ściśle związany z fizycznym kształtem płyty winylowej. Po pierwsze, kompozycja całości musiała zawrzeć się w kilkudziesięciu minutach, po drugie – płyty były dwustronne, artyści na początku i na końcu każdej ze stron umieszczali więc mocne utwory – aby zaintrygowany słuchacz chciał odwrócić krążek ze strony A na stronę B. Słuchając sztandarowych przykładów albumów koncepcyjnych jak choćby Dark Side of the Moon Pink Floyd, warto o tym pomyśleć. Tymczasem przyjrzyjmy się mniej znanemu przykładowi – piosenkom Glass candle grenades i In the gold dust rush, pochodzącym z Head over Heels, jednej z bardziej udanych płyt szkockiego duetu Cocteau Twins.

To typowe kawałki pomyślane właśnie na zmianę strony. Nie dość, że korespondują ze sobą harmonicznie i rytmicznie – a także tytułami, to utwory na całym albumie właśnie do  Glass candle grenades układają się w swoiste emocjonalne crescendo, aby na drugiej stronie stopniowo się wyciszać.

Współcześni artyści, hołdując tradycji, często wydają swoje albumy na winylach, rzadko jednak z tą świadomością fizycznych ograniczeń, która prowokowała artystów w przeszłości do konkretnych rozwiązań. Kompozycja płyty CD rządzi się innymi prawami – odpowiednikiem umieszczania mocnego utworu na końcu strony A winylu jest na CD umieszczenie popularnego singlowego utworu, który album wypromował, zazwyczaj pod numerem 3. Na tyle „początkowo”, aby słuchacz mógł usłyszeć coś, co już zna i lubi, ale na tyle daleko na płycie, by sprzedać mu dwa poprzednie utwory – przystępne, choć jeszcze nie tak znane.

Upowszechnienie się płyt CD wcale nie położyło kresu albumom koncepcyjnym – wręcz przeciwnie, odkąd nośniki mogły zawrzeć nawet ponad dwadzieścia utworów, na płytach wielu kapel dochodziło do zachłyśnięcia się narracją (polecam szukać pod hasłem: rock/metal progresywny, lata 90. i początek XXI wieku). Czy ekspresja w formie konceptu przekonuje nas czy nie, album, płyta – niezależnie od swojego fizycznego nośnika – jest przecież kawałkiem historii, zapisem pewnego etapu w działalności artysty, na chronologii wydawnictw możemy śledzić zmianę poglądów i stylów, czyjeś artystyczne dojrzewanie.

wykresik 3

Alternatywna dystrybucja – świadomy odbiór

Oprócz zaniedbywania chronologii, dzisiejsze internetowe słuchanie muzyki za pomocą serwisów lub apek jest obliczone właśnie na fragmentaryczność. Ciężko jest przykuć uwagę słuchacza na kilkadziesiąt minut, nikt nie siada już w fotelu z papierosem i drinkiem, aby nie robić NIC oprócz słuchania muzyki. Po krótkim czasie ręce zaczynają świerzbić – trzeba sprawdzić fejsa, wysłać fotkę na instagram, snapchata, ruszyć zaczętą w zeszłym miesiącu książkę, a przede wszystkim – posprzątać.

Nic dziwnego, czas wolny to w rzeczywistości wolnorynkowej towar deficytowy, i chociaż każdą wolną chwilę powinniśmy spędzać poświęcając się „rozwojowi osobistemu”, o skupienie coraz trudniej. Dlatego tak bardzo popularne są platformy muzyczne, które polecają muzykę na podstawie tej już słuchanej, na których nie trzeba zagłębiać się w całe albumy i przekonywać się do numerów, które nam „nie podchodzą”. Zamiast tego można układać nieograniczoną ilość playlist – do jazdy samochodem, ćwiczeń, do sprzątania, nauki, zmywania, pracy twórczej… Whatever works, dopóki rzeczywiście słuchamy, a nie łapiemy się na paradoksie, że platformy promujące muzykę tak naprawdę, dzięki tej denerwującej bezwysiłkowości, zamykają nasze uszy, przepuszczając przez nie kilkaset utworów dziennie, dobranych nie tyle za pomocą klucza, co tagów.

Albumy jednak wciąż powstają. Choć wielu artystów długie okresy milczenia przerywa jedynie pojedynczymi utworami publikowanymi w sieci raz na kilka lat, podstawową jednostką działalności w muzyce popularnej pozostaje płyta. Rozwój fonografii zdjął z płyt CD piętno wysokiego budżetu i konieczności znalezienia wydawcy dla młodych artystów. Dziś płyty potrafią kosztować niewiele, tłoczone są własnym sumptem przez artystów niezależnych. Takich, których jeszcze przez długi czas nie usłyszymy na Spotify, a których dostosowanie się do internetowej promocji często ogranicza się do darmowego udostępniania swoich epek na Bandcampie, SoundCloudzie czy YouTube. Platformy streamingowe jak Deezer czy Spotify zarabiają na mainstreamowych gigantach, których ilość odsłuchań liczy się w dziesiątkach milionów. Bojkotujący Spotify Thom Yorke mówił o przypadku amerykańskiej kapeli Galaxie 500, która za swoje 6 tysięcy odtworzeń w aplikacji zarobiła całego dolara. Chociaż wszystko odbywa się w tych serwisach legalnie – użytkownicy płacą swój abonament a artyści płacą za obecność własnej muzyki na serwerach – to wciąż nie zmieniają się dysproporcje pomiędzy kosztami wyprodukowania utworu a rzeczywistym z niego zyskiem dla twórcy. Jest to więc ślepa uliczka dla wykonawców niszowych, zarówno tych działających już na scenie, jak i tych próbujących dopiero na niej zaistnieć.

wykresik2 wykresik1

Wykresy sprzedaży nośników pochodzą z artykułu na stronie theunderstatement.com

W ucieczce przed cyfrową anonimowością i wykorzystywaniem przez tego typu serwisy, muzycy zwracają się w stronę działań „lokalnych” – wydawania płyt na własną rękę lub przy współpracy z małymi wytwórniami. Polskie labele Monotype Records, Dunno Recordings czy Sangoplasmo świetnie sobie radzą na światowym rynku muzyki alternatywnej, obok trochę starszych przedsięwzięć z Wielkiej Brytanii, jak Tapeworm czy Erased Tapes. Na stronach tych wytwórni można zamawiać CD, winyle, albumy w mp3 i rzecz jasna – kasety. Choć generuje to zarzuty o pretensjonalność takich działań i żerowanie marketingowców na „kasetowych sentymentach ludzi w wieku 20+, to niekoniecznie trzeba takie działania stygmatyzować mianem walki z przemysłem fonograficznym czy ideowym zamykaniem się w niszach. Nie jest to pusty „hipsterski” gest, raczej zwrócenie uwagi odbiorcy – poprzez pewne utrudnienia techniczne – na formę nagrania, jego unikatowość i właśnie ciągłość przekazu (choć swoją drogą, ciekawe czy ta idea przetrwa, czy odejdzie wraz z tym pokoleniem?).

Gdy zespół wydaje płytę pod takim szyldem, nakładem kilkuset sztuk, liczy na kilkaset świadomych jej odsłuchań, co jest bardziej satysfakcjonujące niż perspektywa utonięcia pośród tysięcy innych wykonawców na jakimś serwisie pod coraz mniej mówiącym tagiem „indie”. I kilkaset osób bawiących się na małym lub średnim koncercie. Podobnie oddziałują też crowdfundingowe zrzutki na wydanie płyt młodych zespołów – choć wymuszone sytuacją ekonomiczną, działa na zasadzie aktywizowania najbliższych artystom środowisk, bezpośredniego wsparcia. Podobnie sprawdziło się działanie zespołu Domowe Melodie, sprzedającego osobiste, chałupniczo wykonane egzemplarze debiutanckiej płyty. Nawet jeśli kolekcjonerstwo zanika i coraz trudniej uskładać te kilka tysięcy odsłuchań czy wyświetleń, a cyfryzacja zmienia świadomość odbiorców, muzycy powodowani niełatwymi realiami szukają nowych dróg docierania do nich. Buduje to bezpośredni kontakt artysta – słuchacz, buduje świadomy odbiór.

Zobacz więcej artykułów w kategorii "Muzyka" .