Orkiestrowe widowisko, czyli jak pokazywać muzykę

Odkąd pamiętam, wizyty w filharmonii oprócz niewątpliwej przyjemności audialnej robiły na mnie niesamowite wrażenie wizualne. Jest wiele majestatu w widoku osiemdziesięciorga eleganckich muzyków wydobywających z siebie spójną dźwiękową całość. Perspektywa gościa sali koncertowej ogranicza się jednak do widoku całości orkiestry i pleców dyrygenta, do tego przeważnie ze sporej odległości. Wynalazek kamery filmowej pozwolił znacząco odmienić ten przykry stan rzeczy.

02a - Karajan PPJ

Herbert von Karajan, ilustr. autora

Rejestracje koncertów symfonicznych są zapewne tak stare, jak film dźwiękowy. Jednak przez kilka pierwszych dekad były to rejestracje czysto reportażowe, ukazujące orkiestrę raczej z perspektywy słuchacza. W latach 30. i 40. filmowcy propagandowi III Rzeszy próbowali pewnych mniej standardowych zabiegów, ale jedynym realnym dorobkiem tego czasu jest ujęcie dyrygenta od przodu – i to też ze sporej odległości. Fakt, że w poszukiwaniach tych przodowali właśnie Niemcy sprawił, że po wojnie przez jakiś czas unikano ich kontynuacji ze względu na złe skojarzenia (a także dlatego, że wielu pionierom tego medium zakazano pracy w zawodzie za związki z nazistami).

Powolna rewolucja rozpoczęła się (jak wiele innych rewolucji) za sprawą telewizji. W latach 50. nowo powstałe stacje telewizyjne intensywnie poszukiwały formatów, które nadawałyby się do zapełnienia czasu antenowego. Jednym z oczywistych pomysłów były transmisje na żywo koncertów muzyki poważnej (w tamtych czasach były one jeszcze całkiem popularną formą rozrywki). Wtedy też legendarny dziś dyrygent Herbert von Karajan wracał do łask po okresie zakazów koncertowania i ostracyzmu środowiska muzycznego spowodowanego jego karierą w hitlerowskiej Rzeszy. Początkowo sceptyczny wobec niedoskonałych technologii Karajan albo odmawiał transmisji swoich koncertów, albo zgadzał się na nie niechętnie i pod licznymi warunkami.

02b - Karajan Japan

W 1957 roku zaproszono go wraz z orkiestrą Filharmonii Berlińskiej (której był wówczas dyrektorem) na tournée koncertowe po Japonii. Koncerty transmitowano w telewizji, a oglądalność każdego z nich liczono w milionach telewidzów. To doświadczenie głęboko poruszyło Karajana zmieniając go w entuzjastę, a nawet pioniera technologii audiowizualnych, którym pozostał już do końca życia.

Jeden z odcinków programu Young People’s Concerts (CBS, 1962)

Mniej więcej w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych rozpędu nabierała kariera innej legendy światowej dyrygentury – Leonarda Bernsteina. W 1958 roku objął on stanowisko dyrektora Filharmonii Nowojorskiej i niemal natychmiast stał się rozpoznawalny w każdym amerykańskim domu. Jeszcze w tym samym roku telewizja CBS nadała pierwszą transmisję Young People’s Concerts na żywo z Carnegie Hall – pogadankę muzyczną dla dzieci i młodzieży prowadzoną przez samego dyrektora, wspieraną przykładami muzycznymi w wykonaniu orkiestry filharmonii. Cykl ten z powodzeniem kontynuowano aż do roku 1972.

Wprawdzie Young People’s Concerts odbywały się w Nowym Jorku od lat, jednak dopiero Bernstein pod wpływem swojej pasji popularyzatorskiej (a także dzięki pewnemu doświadczeniu w pracy dla radia i telewizji) ujrzał ich potencjał medialny i przekonał do niego szefostwo CBS.

Pod względem technicznym transmisje realizowano w skromny i niezbyt nowatorski sposób. Jednak format programu w połączeniu ze spontaniczną, ekspresyjną i pełną amerykańskiego luzu osobowością Bernsteina znacznie zaostrzył apetyt widza telewizyjnego na muzykę klasyczną. A to okazało się doskonałym motorem dalszego rozwoju muzycznych produkcji audiowizualnych.

02c - Karajan SDF

Wróćmy jednak do Europy. W 1964 roku Herbert von Karajan wkroczył już nieco odważniej w świat telewizji, przygotowując realizację telewizyjną Wesołych figli Dyla Sowizdrzała Richarda Straussa dla berlińskiego SDF. Na nagranie stawił się jak zwykle perfekcyjnie przygotowany i skupiony, jednak prawdziwy cel tego przedsięwzięcia ujawnił się dopiero po zakończeniu sesji z orkiestrą. Wtedy to Karajan zamknął się w wyciemnionym studio z magnetofonem i jeszcze ciepłą taśmą z nagraniem sesji, skierował wszystkie światła i kamery na siebie i rozpoczął eksperymenty. Nigdy wcześniej nie poświęcono tyle uwagi sposobowi pokazania dyrygenta, mimiki jego twarzy, najdrobniejszych gestów – tego wszystkiego, czego widz na koncercie nie miał szansy zobaczyć. Po wielu godzinach poszukiwań Karajan opuszczał studio usatysfakcjonowany, ale niepewny końcowego efektu. Kolejne dni spędził w studio montażowym, ściśle nadzorując pracę montażysty i pilnując realizacji swojej wizji.

Skończony materiał nie był co prawda spełnieniem marzeń Karajana, ale przekonał go o słuszności jego poszukiwań i o potencjale takich symfonicznych widowisk. Jego determinację wzmagała dodatkowo analogiczna aktywność Leonarda Bernsteina za Oceanem. Obaj panowie mieli powody, żeby za sobą wzajemnie nie przepadać (trudno o przyjaźń potomka żydowskich emigrantów z byłym członkiem NSDAP), ale to Karajan, zgodnie ze swym charakterem, zdawał się bardziej zacietrzewiony w swojej niechęci.

Dmitri Szostakowicz – V symfonia d-moll op. 47 (fragmenty) – L. Bernstein, LSO (1966)

Bernsteinowi również zależało na nagraniach wideo z koncertów i podobnie jak Karajan angażował się on aktywnie w ich realizację. Jednak w przeciwieństwie do swego rywala Lenny nie forsował stylu montażowego skupionego na postaci dyrygenta. Inna sprawa, że realizatorzy ulegając jego magnetycznej charyzmie z własnej inicjatywy starali się pokazywać go jak najwięcej, w czym sam maestro musiał ich czasem temperować.

W latach 60. i 70. Herbert von Karajan był już prawdziwą gwiazdą: dyrygował w najznamienitszych salach koncertowych świata, współtworzył spółki medialne, pilotował prywatne odrzutowce, jeździł sportowymi samochodami i otaczał się pięknymi, młodymi kobietami. Dzięki licznym cennym znajomościom, m.in. z konsultantem Sony Norio Ōgą (późniejszym prezesem tej korporacji), czy słynnym magnatem medialnym Leo Kirchem Karajan sam stał się wpływową postacią kultury i mediów. Poprzez kontakt z tym pierwszym, a także ze współzałożycielem Sony Akio Moritą) aktywnie wspierał rozwój technologii zapisu audio i wideo, inwestując w nie niemałe sumy z prywatnych środków. W tym samym czasie wciąż pracował nad udoskonaleniem formuły filmu muzycznego. Dla jego otoczenia było już wtedy oczywiste, że jego ostatecznym zamiarem jest zbudowanie pomnika własnego geniuszu dla przyszłych pokoleń.

Giuseppe Verdi – Messa da Requiem – H. von Karajan, La Scala
realizacja: Henri Clouzot (1967)

Uznany francuski reżyser Henri Clouzot stał się dla Karajana niejako nauczycielem filmowego fachu przy okazji ich współpracy nad sześcioma filmami koncertowymi. Ostatnim z nich było wykonanie Requiem Verdiego w legendarnej La Scali. Efekt okazał się tak dalece niezadowalający, że Karajan całkowicie zerwał współpracę z reżyserem. Bezpośrednio po tym nastąpiła seria rozczarowań kolejnymi niewybitnymi filmowcami. Jednak dla Karajana apogeum frustracji okazało się nagranie VI symfonii Beethovena realizowane przez Hugo Niebelinga.

Ludwig van Beethoven – VI symfonia op. 68 “Pastoralna” (frag.) – H. von Karajan, Berliner Philharmoniker – realizacja: Hugo Niebeling (1967)

Było to rozczarowanie o tyle paradoksalne, że w porównaniu ze swymi poprzednikami Niebeling okazał się niesamowicie kreatywny. Niestety kreatywny do przesady. Jego wizjonerskie ujęcia i montaż ściągały na siebie całą uwagę odbiorcy i miejscami przyprawiały o ból głowy (lub ewentualnie nudności). Muzyka została w tym filmie wyparta na dalszy plan przez natłok pomysłów wizualnych. Zważywszy jednak na eksperymentalny charakter tej produkcji, trudno odmówić jej wartości: nigdy wcześniej niewidziane ujęcia instrumentów, montaż synchronizowany z rytmem muzyki (bardzo skuteczny, gdy stosowany z umiarem), gra świateł podkreślająca nastrój utworu, a także kreatywne podejście do ustawienia orkiestry. Ponadto była to pierwsza tego typu produkcja zrealizowana w sposób całkowicie filmowy: długie tygodnie preprodukcji, budowa scenografii (do każdej części symfonii kładziono podłogę o innym kolorze, a pod każdym krzesłem zamontowano dodatkowe reflektory), praca w zamkniętym studio filmowym, rejestracja dziesiątek ujęć i dubli.

Nawet Karajan, mimo początkowej wściekłości dostrzegł przydatność pomysłów Niebelinga dla swojej wizji. Dzięki temu reżyser nie podzielił losu swego francuskiego poprzednika i zrealizował dla Karajana serię kolejnych filmów. Jednak maestro nauczył się w tym czasie ostrożności i stopniowo Niebeling, a później kolejni realizatorzy stali się ledwie narzędziami w jego rękach. Mistrz wiedział już dokładnie, co chce osiągnąć i miał nad swoimi produkcjami filmowymi taką samą kontrolę, jaką zwykł mieć nad orkiestrą na scenie.

Ludwig van Beethoven – III symfonia Es-dur op. 55 “Eroica” H. von Karajan,
Berliner Philharmoniker (1984)

Oprócz swojego niewątpliwego wkładu w rozwój nowoczesnych technologii (w tym również czynnego udziału w rozwoju i popularyzacji płyty CD jako uniwersalnego nośnika danych) Karajanowi udało się ostatecznie osiągnąć to, czego przez całe swoje życie tak bardzo pragnął: nieśmiertelność. W czasach jego młodości oczywistym było, że wraz ze śmiercią dyrygenta ginie pamięć o jego kunszcie. Gdy Karajan opuszczał ten świat, zostawiał za sobą kilkaset filmów muzycznych, a także kolejne setki nieznanych materiałów, które spadkobiercy i właściciele systematycznie publikują do dziś. Oczywiście poprzez swoje zaangażowanie w rozwój medium przypadkiem unieśmiertelnił też tego skaczącego amerykańskiego wariata, Leonarda Bernsteina. Tym samym rywalizacja, za pośrednictwem wiernych obu mistrzom grup wyznawców, trwa nadal, a ja przeżywam piękne chwile oglądając tak jednego, jak i drugiego.

Zobacz więcej artykułów w kategorii "Film, Muzyka" .