Humor w muzyce

Któż z nas nie lubi się czasem pośmiać? Opowiadamy sobie dowcipy, linkujemy setki śmiesznych obrazków na facebooku, oglądamy filmy komediowe, a w ostateczności nawet gale kabaretowe na TVP. Ale pewnie mało komu przyszłoby do głowy dla śmiechu wybrać się do filharmonii…

Od lat buntuję się przeciwko nazywaniu pewnej kategorii twórczości muzycznej muzyką „poważną”. Określenie to jest stosowane tak szeroko, że aż razi brakiem precyzji. Bo czy poważne są serenady Mozarta, albo operetki Lehara? Profesjonalni muzycy po szkołach starają się zastępować to określenie innymi zależnie od kontekstu: muzyka klasyczna (tu dla odmiany łatwo o utożsamienie z muzyką epoki klasycyzmu, ale chodzi raczej o muzykę minionych epok), koncertowa itd.

Pójdę dalej: znaczna część muzycznego dziedzictwa ludzkości jest niepoważna. Przez setki lat oczywiste było, że sztuka ma głównie bawić (albo oczywiście sławić Boga). Dopiero XIX wiek i romantyzm wyniosły sztukę na piedestał, czyniąc ją ważną i skutecznie oddzielając w umysłach ludzi od rozrywki. Ale zacznijmy od początku…

 Codex Buranus – Tempus est Iocundum…

…od początku znanej nam muzyki europejskiej, czyli od średniowiecza. Najwięcej wiemy niestety o muzyce kościelnej z tego okresu: wyłącznie wokalnej i obwarowanej surowymi regułami, zakazami i lękami. Nie znajdziemy tu zbyt wiele humoru. Istniała jednak w tym czasie i rozwijała się (średniowiecze to w końcu niemal 1000 lat) świecka, ludowa tradycja muzyczna. „Zwykli ludzie” też głównie śpiewali, ale już najczęściej przy akompaniamencie instrumentów, choćby nawet był to zwykły bębenek. Taka twórczość służyła niemal wyłącznie rozrywce, więc dominowały w niej żywe taneczne rytmy, a teksty dotyczyły spraw tak codziennych jak praca czy miłość. Niestety zachowało się dużo mniej zapisów takiej muzyki, bo muzycy ludowi (a więc amatorzy) nie znali notacji muzycznej, a zakonnicy (którzy skrzętnie sekretów tej notacji strzegli) mieli ważniejsze rzeczy do roboty. Ktoś przecież musiał te chorały przepisywać.

Być może z tego powodu tak zaskakujące wydają się istniejące zapisy (reprezentowany powyższym fragmentem Codex Buranus to wprawdzie dzieło wykształconych mnichów i żaków, ale dobrze oddaje ducha ówczesnej twórczości ludowej) – okazuje się bowiem, że bogobojny lud średniowiecza zaskakująco często śpiewał o pupach, miłości (zdecydowanie nie tej rycerskiej), bibach i pierdzeniu. Dziękujmy więc Bogu za tych kilku mnichów, którzy tę wiedzę zachowali dla potomnych.

 Quand je bois du vin clairet (Francja, XVI wiek)

Schyłek średniowiecza to czas zauważalnego rozluźnienia: w kościele zaczęły pojawiać się instrumenty, pojawił się śpiew wielogłosowy, zaś muzyka świecka upowszechniła się na królewskich i szlacheckich dworach. Renesans przyniósł więc dużo większą różnorodność i swobodę, wykształciły się bardziej wyrafinowane środki ekspresji muzycznej, co stworzyło również większy potencjał dla muzycznego humoru.

Ale to jest może czas na zatrzymanie się i zapytanie: co to właściwie jest muzyczny humor. Nie chodzi po prostu o śmieszny tekst do śpiewania – to było już w średniowieczu, a w renesansie zagościło na stałe. Myślę raczej o sposobach rozbawienia słuchacza przy pomocy samych dźwięków. A robi się to przede wszystkim poprzez użycie wcale nieskomplikowanego zestawu zasad. Co jest (albo może lepiej: co może być) śmieszne w muzyce? Przede wszystkim imitacja, kontrast, zaskoczenie i ekstremum.

Louis-Claude Daquin – Le Coucou (1735)

Imitacja (ale w znaczeniu ogólnym, czyli naśladownictwo – imitacja w muzyce to technika polifonicznego kontrapunktu polegająca na powtarzaniu motywów/tematów muzycznych poprzez różne głosy i jako taka nie jest specjalnie śmieszna) to jedna z najstarszych zdobyczy muzycznego humoru. W średniowieczu imitacja głosów zwierząt wypływała z onomatopei w tekście, w renesansie, a już w pełnej formie w baroku, kompozytorzy dwoili się i troili, żeby udawać zwierzątka przy użyciu samego instrumentu.

Kontrast jest w zasadzie sposobem na wszystko tak w muzyce, jak i ogólnie w sztuce. Bez kontrastu muzyki by w ogóle nie było, bo nawet najstarsze jednogłosowe chorały gregoriańskie komponowano na zasadzie różnego rodzaju wewnętrznych kontrastów. Na przestrzeni wieków wynaleziono setki sposobów na rozśmieszanie słuchacza: a to przez kontrast harmoniczny („dziwnie” lub „głupio” zestawione ze sobą tonacje, czy szczególnie dysonujące akordy), a to przez zabawne zestawienie instrumentów.

Zaskoczenie jest z kolei analogicznie starą sprawdzoną metodą na wywoływanie śmiechu. I to również jest kontrast – tego, co odbiorca dostaje z tym, czego się spodziewa. Tu bardzo ważna staje się tradycja muzyczna, która wiąże się z niezliczonymi normami i oczekiwaniami słuchacza wobec muzyki. Można go więc zaskoczyć harmonicznie (wrzucając choćby akord a-moll po dominancie, która ewidentnie powinna była się rozwiązać na C-dur), strukturalnie (np. nie kończąc utworu wtedy, kiedy każdy normalny słuchacz spodziewa się zakończenia, albo uparcie coś powtarzając), dynamicznie (nie spotkałem jeszcze człowieka, którego nie ubawiło by nagłe walnięcie w kocioł pośród cichej i łagodnej kantyleny) i na dziesiątki innych sposobów.

Joseph Haydn – Symfonia nr 94 Niespodzianka, cz. II – Andante

Ekstremum jest śmieszne prawie zawsze. Ściślej mówiąc, śmieszna jest przesada. Melodia grana przez tubę w jej najniższym rejestrze, lub przez flet piccolo w jego najwyższym, powtórzenie jakiegoś fragmentu więcej niż dwa razy, czy ekstremalnie długa nuta lub pauza muszą wywołać uśmiech na naszych twarzach. Dodatkowo śmieszne jest zestawienie ze sobą kilku różnych skrajności: wystarczy wyobrazić sobie grupę instrumentów dętych drewnianych grających bardzo wysoko, bardzo szybko i cichuteńko. Żeby jeszcze bardziej to uwypuklić, można zestawić to z dętymi blaszanymi grającymi bardzo nisko, wolno i głośno.

Do tego dodajmy jeszcze humor znaczeniowy, czyli np. cytowanie znanych melodii w odniesieniu do tematyki z nimi związanej. Taki humor znów jest pozamuzyczny, ale osiągnięty przy użyciu muzyki.

Domenico Scarlatti – Sonata G-dur K. 146

Wszystko to, co wymieniłem, pojawiało się powoli i stopniowo na przestrzeni renesansu, ale w pełni i naprawdę zaistniało w epoce baroku. Wielu kompozytorów pisało traktaty muzyczne, w których wykładali oni swoje metody kompozytorskie. Wiele tych traktatów dotyczy retoryki muzycznej, czyli zbioru technik, figur melodycznych, rytmicznych i harmonicznych mających wywołać określone skojarzenia i emocje. Wiele tych figur wynikało z jakiegoś rodzaju dźwiękonaśladownictwa (np. melodia prowadzona opadającymi sekundami, przypominająca łkanie) – nie inaczej było w przypadku humoru. Znajdziemy w tym czasie wiele radosnych utworów, w których melodie przywołują na myśl niezliczone rodzaje śmiechu.

Jean-Philippe Rameau – balet/opera Platée, aria La Folie (Szaleństwa)

Barok to również czas narodzin opery. Niemalże od początku jej istnienia wyklarował się podział na tzw. opera seria (poważna) i opera buffa (komiczna). Ten drugi rodzaj oprócz komicznego libretta korzystał po prostu z pełnego wachlarza wspomnianych wyżej muzycznych technik „komediowych”.

Idźmy jednak dalej: epoka klasycyzmu to z jednej strony czas doskonałości i drobiazgowości formalnej, prostoty i ujednolicenia, ale z drugiej czas pogody, świeżości i luzu.

Joseph Haydn – Symfonia nr 88, cz. IV – Finale. Allegro con spirito

Jest to również pierwsza epoka, przy omawianiu której zmuszony jestem do ostrej selekcji przykładów muzycznych – tak wieloma z nich chciałbym się z wami podzielić.

W tym czasie popularna stała się forma wariacji, tak na tematy ludowe, jak na tematy z dzieł innych kompozytorów. Takie wariacje, ale też ogólnie cytaty stosowane we wszystkich możliwych formach muzycznych, były często sposobem puszczenia oka do słuchacza i doskonałym środkiem humorystycznym. W muzyce pojawiła się nawet złośliwość, bo zdarzało się, że nielubiący się kompozytorzy parodiowali się wzajemnie.

 Ludwig van Beethoven – VII Symfonia A-dur op. 92

Dodatkowo wszystkie wspomniane przeze mnie wcześniej składniki muzycznego humoru zostały przez kompozytorów wyszlifowane i udoskonalone do takiego stopnia, że wiele z nich uważano za skandalicznie niepoważne i gorszące. Najstarszy z tzw. trójki klasyków wiedeńskich, Józef Haydn, dość często pozwalał sobie na takie dowcipy, ale miał dość wyczucia, by rzadko miewać z tego powodu problemy. Królem skandalu muzycznego przełomu XVIII i XIX wieku był natomiast Beethoven, który wszystko oprócz swojej sztuki miał w głębokim poważaniu (łącznie z hierarchią społeczną, arystokracją i Kościołem), czego wyraz dawał w swojej muzyce notorycznie.

Camille Saint-Saëns – Danse macabre

Romantyzm to czas bezprecedensowego rozkwitu muzyki we wszystkich postaciach. Ale paradoksalnie nasz temat epoka potraktowała po macoszemu – w dziedzinie muzycznego dowcipu nic drastycznie nowego się nie wydarzyło. Rozwój instrumentarium i kolejne nowatorskie pomysły instrumentacyjne znacznie poszerzyły paletę środków dźwiękonaśladowczych, co raz bogatszy język harmoniczny też otworzył nowe drogi dla muzycznego komizmu.

Z kolei w XX wieku bodaj największą nowością w tym temacie był film, a więc i muzyka filmowa.

Scott Bradley – suita koncertowa Tom and Jerry

Autorzy muzyki do animacji Disney’a, Warner Bros. i MGM na przestrzeni kilku dekad doprowadzili warsztat komediowej ilustracji muzycznej do perfekcji. Charakterystyczne dla tych filmów podbijanie niemal każdej akcji dziejącej się na ekranie synchronicznymi efektami dźwiękonaśladowczymi zyskało nawet swoją nazwę w żargonie filmowym: „Mickey Mousing”. Dzięki ściślejszej niż kiedykolwiek współpracy między kompozytorami i nie-muzykami tajniki komediowego fachu znacząco wpłynęły na warsztat kompozytora filmowego. Obecnie jednym z podstawowych narzędzi tego warsztatu jest choćby wyczucie komediowego timingu. Odkryto na przykład, że podobnie jak w mowie, o sukcesie żartu decyduje często odpowiednio długa pauza. W ten sposób muzyka stała się ważną częścią filmowego żartu, a nie tylko dodatkiem do niego.

George S. Clinton – Austin Powers: International Man of Mystery (1997)

Jak widać, tysiąc lat temu ludzie też mieli poczucie humoru i okazywali je również poprzez muzykę. Dlatego też osobiście zastanawiam się pięć razy, zanim nazwę jakąkolwiek muzykę „poważną”, co i Wam, drodzy Czytelnicy, polecam.

A na pożegnanie osobisty żart pana Szostakowicza z monumentalnych oczekiwań wobec jego IX symfonii:

Dmitri Shostakovich – IX Symfonia Es-dur op. 70

Zobacz więcej artykułów w kategorii "Muzyka" .