Sztuka jedzenia

Czyli jak tanio i skutecznie napełnić pusty brzuch, jeżeli pracuje się w kulturze.

sztukajedzenia

Wybebeszam, rys. Małgorzata Majewska

Piątek. O godzinie 17:22 zadzwonił telefon. Zdążył zadzwonić, bo ja nie zdążyłam go wyłączyć, co zresztą czynię w każdy piątkowy wieczór. Dla regeneracji, spokoju, ciszy i takich tam. W słuchawce odezwał się M. Przyjaciel. Taki, co to wie o mnie wszystko, a ja o nim. Zapytał, czy się wybieram na TĘ wystawę do jednej z lubelskich galerii. Chwilę się zastanowiłam. Może?!

Przecież jest piątek, przecież nie idę do pracy, przecież dawno się nie widzieliśmy, no przecież, że lampka wina, jakieś piwko, może wódeczka?! Przekonał mnie. Daj mi 45 minut. Biorę szybki prysznic, wrzucam coś na siebie. Trochę jakby z klasą, ale na luzie. Chwilę to zajmuje. Jednak ściany mają uszy, a oczy niektórzy mają dookoła głowy. A ja przecież nie mam ochoty znów wysłuchiwać tych dociekliwych pytań odnośnie mojego zmęczenia, które rzekomo mam wymalowane na twarzy. Więc maluję usta. Na czerwono. Prawie jak… Jak kto? Nie wiem, ale moje są wąskie. Nie podobają mi się. Nieważne.

Zbiegam po schodach, otwieram jeszcze te cholerne drzwi na piętrze i biegnę jak wiatr na przystanek. Ale wygląda to raczej nieelegancko, niesfornie. Oczyma wyobraźni widzę, jak w zwolnionym tempie wykonuję te swoje pokraczne ruchy. Zdążyłam. Jadę. Kasuję bilet. I już w myślach przeklinam wyrzucone w błoto 1,40 zł. W międzyczasie uruchamiam muzykę. Cokolwiek, żeby grało, nie chcę słuchać rozmów czternastoletnich podlotków wracających z gimbazy. Czuję na sobie wzrok dziewczyny obok. Czuję, jak mnie przenika, świdruje. Lustruje mnie od stóp do głów. Czuję, jak wnika w moją tkankę łączną. Żaden kilogram mojej nadwagi nie ujdzie jej uwagi. Nagle podnoszę głowę, patrzę na nią, nasze spojrzenia spotykają się. Ona odwraca wzrok. A ja dalej patrzę. Pastwię się nad nią i zaczyna mnie to szalenie bawić; ona chyba nie jest zadowolona. Jeszcze raz nerwowo i dociekliwie szuka marki moich butów. NIE MA! Przykro mi. Wysiadam. Idę dziarsko, pełną parą, odpalam papierosa. Na ulicach zaczyna się ta piątkowa wrzawa, bananowa młodzież mknie do klubów. Ale najpierw bifor na ławce w parku. Wódka, wino, piwo, wódka, wino, piwo. Wódka, wino, piwo. Wódka, wino, piwo.

Docieram na miejsce.

Dużo ludzi, M. czeka na mnie w jakimś towarzystwie. Znamy się. Z widzenia. Papierosy, rozmowy, śmichy-chichy, jakieś flirty, plany na wieczór. W sumie jesteśmy jak rodzina. Jakoś miło mi się robi, kiedy ich widzę.

Wchodzimy do środka, mnóstwo ludzi, szatnia, media, wszystko raczej na bogato. Ludzie piękni, odświętni, plakaty podrukowane, pocztówki i inne gadżety reklamowe atakują mnie na korytarzu. Wszystko z ogromną starannością o detal. Jest perfekcyjnie. Lepiej niż na weselu mojej jedynej i najukochańszej siostry. Robi się dość tłoczno, trochę hipsteriady, ale nie, nie, to nie jest Warszawa! Proszę Państwa! Widzę zniecierpliwienie, moi znajomi porozchodzili się gdzieś po kątach, podpieramy ściany, wycieramy je połami swoich tanich płaszczy. No i jest. Oficjalne rozpoczęcie.

Przemowa numer jeden

 i

numer dwa.

Żart sytuacyjny

Przemowa numer trzy.

Żart sytuacyjny numer dwa.

O! I jakieś miejsce na dykteryjkę się znalazło! M. potem podsumuje, że to były suchary, delektując się „Dużą Pigwą” w pobliskim lokalu. Ale ja nie o tym. Od słowa do słowa zabawny dialog dobiega końca. Ulga na twarzach niektórych jest tak perfidna, że uśmiecham się pod nosem.

APLAUZ! BRAWO! BRAWO! FANTASTYCZNIE!

I nagle na środku, zza pleców tych wszystkich ludzi wyłania się on: stół. Stół jest suto zastawiony, przez chwilę czuję się jak na ostatniej wieczerzy – tylko apostołowie jakby bardziej wygłodniali i jakoś się rozmnożyli. Za moment pojawiają się kelnerzy w białych koszulach, zabierają puste karafki, kieliszki, składają opróżnione tace.

To SZTUKA JEDZENIA – nasuwa mi się taka myśl.

Nie pamiętam, o czym była ta wystawa? Chyba o konsumpcjonizmie? Jakieś instalacje, puszki, wypchana zwierzyna, piloty…

Budzę się rano. Jak zawsze. Z ogromnym kacem.